Przeskocz do treści

Archiwum kategorii ‘TURYSTYKA’

Ryzyko, czy przygoda

Wakacyjne wątpliwości ….

Słuchając dziś rano muzyki, przeglądając teledyski w internecie  i filmiki z wakacji przed kolejnymi zbliżającymi się wakacjami, tak zupełnie przypadkowo natrafiłam na nagranie z Hurghady ze Stycznia 2011.

Pamiętam, że kiedy byłam jeszcze taką zupełnie małą dziewczynką bardzo, ale to bardzo pragnęłam doświadczyć jak to jest przekroczyć granicę.  Ale żadna z przekraczanych dotychczas jakoś mnie nie satysfakcjonowała. Kiedy byłam mała, bywało,  że stojąc tuż przy przejściu granicznym z biało-czerwonym szlabanem z Czechosłowacją, mocno wyciągałam jedną nogę do przodu na tyle ile się dało.  To było piękne móc  tak choćby jedną nóżka stanąć po tej drugiej stronie granicy na obcej ziemi. Potem to pragnienie jakoś przez dłuższy czas pozostawało w uśpieniu. W dniu w którym przekraczałam na lotnisku we Wrocławiu granicę w drodze do Egiptu, powiedziałam do męża; – No teraz to rozumiem, to jest granica. Marzenie spełnione na setkę do oporu.

(Hurghada styczeń 2011)

Klika godzin przez wylotem do Egiptu zasięgnęłam rady znanego polskiego astrologa. W zasadzie powiedział mi to co już sama o sobie wiedziałam.

- Jest możliwość,  że znajdziesz się w sytuacjach związanych z przemocą, albo terroryzmem. Powinnaś jak ognia unikać demonstrujących tłumów, wszelkich podejrzanych zgromadzeń, powinnam się strzec potencjalnie konfliktowych miejsc na ziemi. itp.

Cóż, z aktami terroryzmu to nie jest taka prosta sprawa, żeby je przewidzieć, bo zazwyczaj są totalnym zaskoczeniem dla każdego człowieka.  Tym razem jednak stwierdził że gwiazdy na niebie sprzyjają mi i nie powinno być źle. Też to widziałam na “swoim niebie”. Ale warto było wspomóc się okiem niezależnym. A niebo na pustyni Saharze jest nieziemsko piękne. Chyba w żadnym miejscu na ziemi nie jest tak wyraziste nocą.

Gwiazdy i planety,  jak świąteczne lampiony zawieszone nad głową, układające się w magiczne konstelacje, widoczne już w samolocie przy podchodzeniu do lądowania. Przez chwilę mogłam się poczuć w tym samolocie, jak gwiezdny wędrowiec zmierzający w kierunku nieznanej planety wprost z gwiezdnego szlaku z odległej galaktyki i innego świata.  Nocą na pustyni a miałam tę przyjemność oglądać to niebo, podziwiałam jak Syriusz świecił jasno tuż nad moją głową wraz dobrze widocznym tej nocy Jowiszem, wspólnie byli dobrym omenem dla mnie.

Czyżby wrodzona skłonność do ryzyka, ciekawość nieznanego …  ciągnie mnie jednak w miejsca potencjalnie niespokojne. A jakże, chyba tak.

Coś w tym jest, że będąc w Kambodży tak zajęłam się oględzinami miejscowej ludności, spacerami po buddyjskich cmentarzach, robieniem zdjęć, że na poważnie się zgubiłam i ponad godzinę piechtą w 50-stopniowym upale w chuście na głowie w pełnym słońcu, maszerowałam dziką drogą mijając  prymitywne wozy zaprzężone w wodne woły i ludzi z wioski,  którzy zapewne mieli niezły ubaw widząc jak zasuwam szybko w taki upał. Nie powiem dobrzy to byli ludzie zapewne, bo zapraszali, gościnnie do swoich chatynek na wysokich palach, a ja grzecznie dziękowałam, modliłam się w duchu i pytałam intuicji;

- w którą stronę mam iść.

Kiedy wreszcie udało mi się dotrzeć tam, gdzie powinnam być już od godziny, inni spokojnie popijali wodę i z przejęciem wymieniali wrażenia, a ja rzuciłam się wściekłe; – Dlaczego miałeś wyłączony telefon ?!  - A żebyś wreszcie miała nauczkę i przestała tak szwendać. – Nie rozumiesz, że wszędzie się na ciebie czeka. – A co jakby cię ktoś tu porwał albo zabił w tej wiosce, przecież nie jesteś na Mazurach, ale w Kambodży.  Skwitował.

Sama nie wiem czy ta nauczka na coś się zdała , bo czy to nie jest oczywistą sprawą, że, żeby zrobić fajne zdjęcie, albo zobaczyć coś ciekawe, to trzeba się trochę poszwendać bocznymi drogami /wspak/w poprzek/ ale nigdy nie na wprost. Tak, tak. Inaczej się nie da.

( wioska w Kambodży) Obrazek, złowiony na szybko, w drodze powrotnej

Egipt. Bezpieczeństwo, pieniądze, czy coś innego jeszcze … ( Wnuki moje czekajcie na babci opowieść)

EGIPT/ Kto by to przewidział, że tak się potoczą okoliczności akurat dla tej podroży, do Egiptu ? Z początku bałam się tam pojechać, jak to kobieta polecieć sama do kraju arabskiego, potem bałam się już coraz bardziej, a napięcie wzrastało z dnia na dzień, żeby przy bramkach na lotnisku, usłyszeć głos rozsądku; Masz wybór.

To chyba najgorsze co mi się mogło przytrafić: - Wybierać !

Większość turystów która miała tę przyjemność, żeby tak jak ja wstrzelić się w rewolucję, wiosnę ludu arabskiego, przewrót Nilowy itd. Zastanawiała się jak odzyskać swoje pieniądze za nie najtańszych pobyt, zważywszy, że ludzie wylatywali całymi rodzinami. Dla nie których była to podroż życia, pierwszy raz samolotem, na kontynent inny niż Europa, a tu masz babo placek, Rewolucja ! Do łez rozbawiało mnie apelowanie do Polaków, żeby się już do tego Egiptu nie pchały, że takie to nie odpowiedzialne ludzie, co oni wyrabiają.

A ja się pytam ? Czemu w takim razie nasz premier i MSZ nic nie wspomniało o tym, że biura podroży przy rezygnacji, na dzień przed zwrócą “Kowalskiemu” z 5 procent tego co zapłacił ? Wiadomo, że ludzie którzy wykupili wczasy w Egipcie dla pięciu osób, po 3 tys od głowy, mieli potężny zgryz;

- Co robić, a może to chwilowe, w końcu w Arabii tłuką się codziennie ?!

Mnie takie wybory nie dotyczyły. Po pierwsze trafiła mi się “okazja” za połowę tego co inni płacili za tydzień pobytu, po drugie, było nas tylko dwie, a po trzecie, jedyny wybór jaki mnie męczył to wyłącznie, czy zostać w naszej zimie, czy jednak skusić się egipskim latem, pustynią, morzem z rafą i rybami, dobrym jedzeniem w kilku restauracjach w cenie biletu wejściowego, kwitnącymi przyhotelowymi ogrodami i super wypasionym Aqua Parkiem. To były moje wybory. Pieniądze ? Cóż i tak przepadły. Przecież już je wydałam bezpowrotnie, nie było więc żadnego wyboru, poza: Lato i rewolucja w Kairze, nie w Hurghadzie, czy spokojna zima przy kaloryferze, przed komputerem i z książką na kolanach z widokiem na oblodzoną szarą rzekę, z ponurymi badylami wyrastającymi z brzegu. Ot i był dylemat. Straszny. Wybrałam chciwie, wybrałam lato. Kocham lato, urodziłam się w gorące lipcowe południe. Po raz kolejny przeżyć lato w zimie, rozebrać się z ciężkiej kurtki i wełnianej czapki, w ubranka bez rękawów, w klapeczki zamiast kozaków z kożuchem, i zanurzyć się szmaragdowym morzu czerwonym, wyjątkowo ciepłym w tym roku, 28 stopni : )

Wybrałam Egipt, nie żałuję, nie żałowałam, choć miałam chwilę załamania na miejscu, gdybym się do tego nie przyznała, skłamałabym. Gdy któregoś wieczoru po kolacji zobaczyłam kilku policjantów z miasta przy basenie, w czarnych egipskich mundurach z bronią, a w wieczornych wiadomościach usłyszałam, że uzbrojeni kryminaliści Arabowie uciekli z kairskiego więzienia ta wiadomość dopełniła swego. Wstrzeliła się we mnie niczym pocisk, w samo centrum paniki. Z wyobraźni powiało grozą i autodestrukcyjnym pędem zmierzającym ku samozagładzie, zanim cokolwiek mi zagrozić miało, serce i głowa szarpały jak oszalałe. Poczułam się niegodziwie. Żeby z kraju spokojnej egzystencji wybrać się na wojnę i to nie sama, a z dzieckiem!

uprowadzona

Cóż ja sobie takiego wyobraziłam ? Wszystko co może spotkać kobietę z dzieckiem w arabskim świecie i choć zza okna dochodziły do mnie dźwięki przyjemnej spokojnej muzyki i śmiechy turystów, moja dusza szalała. Tytanic ożył w mojej wyobraźni, odprężeni ludzi przy barze jawili mi się jako nieświadomi zagłady wariaci. W pewnym momencie przyszło mi na myśl, że może by zafundować sobie jakieś antidotum, kupić talizman , jakieś oko Horusa, czy krzyż Nilu ( tonący brzytwy się chwyta). Wyszłam, żeby uspokoić nerwy i traf chciał, że rzucił mi się w oczy muzułmański medalik, z półksiężycem i gwiazdą. Weszłam żeby zapytać ile kosztuje, choć i tak wiedziałam, że go nie kupię, bo zafundują mi cenę jak za sztabę złota. Weszłam zapytałam i usłyszałam;

- Pany to ne jest zoto, ale sie nie scierac sie, tano jak w bedronce, tylko 5 dolarów.

No szok, tak tanio i jak w Biedronce ; ) To tylko brać i po sprawie.

Podczas gdy ja szukałam kasy, jakiś wielki facet za mną odezwał się po polsku ; – Niech mu pani nie daje więcej za to niż 3 dolary !

- No targuj się kobieto, to przecież szajs, nie złoto.

Kupiłam więc talizman za 10 zł, wróciłam do pokoju i zawiesiłam go na łańcuszku, a potem na szyi, nie wierzyłam, ale postanowiłam mieć coś na pamiątkę. Minęła noc i panika ustąpiła miejsca dobremu humorowi. Rano, jakbym to nie ja, ale kto inny w moim ciele się obudził. Czy ja wierzę w moc talizmanów ? I tak i nie. Coś w tym jest, będąc w kraju muzułmańskim pomódl się do Allacha. Ja tak zrobiłam, a nawet wracałam przy dźwiękach południowej modlitwy.

Specjaliści od ezoteryki nazwą to podłączeniem się do regionalnego Egregora – ducha tamtejszej wspólnoty. Ponieważ jestem agnostyczką, czasowe przejście na Islam, przyszło mi bez trudu.

Jeśli ktoś sądzi, że to zdjęcie na pustyni, to się nie myli , bo w jednej części to oczywiście jest prawdą, że ten Jeep stoi na pustyni Saharze, ale drugą prawdą jest to, że w miejsce w które spoglądam nie jest puste ;)

Niby zwyczajna Beduinka, a wygląda jak duch na pustyni

Piękne miejsce w hotelu Titanic. Sprzedaż dywanów

Wakacje Po nowobogacku

EGIPT/ Okiem Turystki hotelowej

Ewakuacja z Titanica, dobrze, że szalup nie zabrakło i miejsca.

Podobał mi się ten hotel, piękny był i idealnie taki jak filmowy Titanic, z maleńką różnicą, że ten pływał sobie po pustyni egipskiej na której brak było co prawda gór lodowych, za to trwała rewolucja. Daleko od niego, ale któż mògł przewidzieć kiedy mogła nadejść ta niespodziewana fala przemocy z Kairskich ulic, albo brak w dostawach picia i jedzenia. A pustynia Sahara, to jak morze, tylko wysuszone. Tu i tam zderzenie się z “górą lodową”, jest bardzo niebezpieczne.

Przyznam się, że zamiast pławić się w egipskim słońcu i dawać nurka na rafie ( cudna w tym miejscu) szukałam drogi ewakuacyjnej . I przychodziło mi do głowy kilka pomysłów. Pierwszy, żeby uchodzić na pustynię w męskim przebraniu. Drugi, żeby przebrać się za muzułmańską kobietę. Trzecim, były oględziny różnych przyhotelowych zakamarków. A ostatnim telefon do ambasady “zabierzcie mnie stąd helikopterem i to szybko”

Swojego dopełniła moja ciekawość, narażona co prawda ryzykiem kosmicznego rachunku za telefon komórkowy, ale co tam, w końcu gra toczyła się o moje życie. Weszłam więc na moment do sieci, i poczytałam sobie, co też na nasz temat  wypoczywających nad morzem Czerwonym piszą w komentarzach, zatroskani o losy turystów, kochani rodacy.

To czego się doczytałam kosztowało mnie połknięcie tabletki na uspokojenie ( prawdziwej, nie kropelek z walerianki).

A w komentarzach pod “Bezpieczeństwo Polaków” było napisane mniej więcej tak;

- A niech was tak nowobogackie dla przykładu z 1000 wytłuką.

- I zaraz te bogate cwaniaczki, będą żebrać, Arabie zlituj się nie zabijaj !

I jeszcze kilka innych, aż mi żołądek pod gardło podszedł z samego czytania. Tak wchłonęłam ten jad. Wrażliwa jestem, dlatego.

Dziś sobie tak myślę skąd w was ludzie tyle pogardy dla kogoś kto co prawda nie ma bogactwa w postaci, zdrowia po dziadku koniu i nie ma 20-30 lat, ani wielgachnego chłopa przy sobie, a na przykład rozrusznik serca, nadciśnienie, albo jest kulawy, żeby pojechać sobie tanio, stopem z plecakiem ?
Zastanawiam się ilu z tych, co tak źle życzą rodakom w podroży zorganizowanej, gdy już ich już będzie stać na te wymarzone wakacje, nie tylko że nie pojadą, ale jeszcze i powiedzą tak;

- Nie pojadę, jak nie mogę z plecakiem dookoła świata i na motorze albo stopem, to wcale nie pojadę, bo na wczasy to żenada jechać. Choćbym i uczciwie zapracował na ten wyjazd do hotelu, nijak nie mogę tego uczynić bliźniemu swemu, nie pojadę, a jak już to wymknę się cichaczem, nikomu o tym nic nie powiem bo to przecie obciach, nie.

A kim jest tak zwany polski nowobogacki ? A iluż to mamy w dzisiejszej powojennej Polsce arystokratów, rasowych z błękitną krwią, nie z pod strzechy wiejskiej, nie z robotnika i z chłopa, tylko z Radziwiłów, Potockich itp. Takich z dziada pradziada dzieci szlachetnie urodzonych inteligentów, co mogą o sobie powiedzieć;

- Ja nie jestem nowo – wzbogacony, cokolwiek posiadam, płynie w moich żyłach jak rzeka szmaragdowo-błękitna, i majątek i inteligencja i kultura we mnie nie nabyta, tylko staro-zubożały szlachcic jestem, przez sowietów okradziony i polską komunę zatracony ? Ilu takich mamy? Pewnie z 80 procent Polaków…to dzieci przedwojennej inteligencji ?

Hotel Titanic Palace Resort

Mój na przykład dziad zwał się K …..cki , w jego żyłach płynęła prawdziwie błękitna krew z dziada pradziada, tyle, że jak zostawał moim dziadem, to może szlachcicem był, tyle, że zbankrutowanym, zatraconym do ostatniego złotego grosza. Nie ma czego żałować, bo socjalizm też by go złupił, a tak został normalnym obywatelem, a ja dostałam nowy start. Według oficjalnej rodzinnej wersji, zbóje go napadli i okradli gdy cały swój majątek wiózł w szkatule, żeby kupić jakąś kamienicę w Warszawie, po drodze i wszystko zabrali. Nie ważne, szczegół, dziś liczy się to nazwisko dziada w moich papierach, a owo pochodzi od samego generała Kawalerii Polskiej, który pod Warszawą dzielnie walczył jako ułan i w historii się bohatersko zapisał. Mam więc kilka mililitrów błękitnej krwi w żyłach, nie wymyślonej, a autentycznej, po matce i babci, bo od ojca z kresów mam.

A dlaczego to Rosjanie są tacy chamscy, nacjonalistyczni i nowobogaccy, wywyższają się ponad swoje moskiewskie pałace kultury, któż zgadnie?

A trzeba zgadywać?

Powodem są kompleksy narodowe spowodowane tym, że każden z ich ma przodka takiego, co koniem wjeżdżał do carskiego pałaców i bąki puszczał w butelkę, ku uciesze zgorszonej arystokracji. To nowe pokolenie Rosjan Putina, ma tego pełną świadomość, że kolorowe ciuchy z najlepszych materiałów, drogie perfumy, pieniądze to jeszcze za mało, żeby odbudować wizerunek narodowy, choć zdawałoby się, że wystarczy mieć, żeby kimś być. Jako naród Rosjanie, którzy przez ponad 70 lat trwali we wspólnocie PGR-ów w której nie można było być równiejszym, od równiejszego, dziś cieszą się jak dzieci z posiadania czegoś na własność. Proste to i takie wkurzające. Samo życie. Gdyby nie nasze diabły wewnętrzne, pazerne i zawistne, wszystkie te podziały finansowe, nie byłyby potrzebne. Gdybyśmy na ziemi potrafili cieszyć się wspólnie, budować wspólne “niebo”, żadna rewolucja nie była by potrzebna, a słowo “wojna, rewolucja” zniknęłoby ze słowników i podręczników do historii.

Czy były to niebezpiecznie wczasy, albo ile nierozsądnych rodziców wywiozło swoje dzieci na rewolucję ? Poniżej na króciutkim filmie.

Oczywiście ja tam byłam tylko w pracy. Ale to już historia na inny post.

Podobał mi się taniec tego pana i ogólny luz na statku. Zarówno u załogi jak i pasażerów Titanica.

Orkiestra grała do końca.

Rewolucja w Hurghadzie

Zakhyntos na plaży

/ZAKHYNTOS/ U Świętego Mikołaja

Kościółek pod wezwaniem świętego Mikołaja na wyspie Zakhyntos

Co prawda to nie było w grudniu i nie w Mikołajki, ale będąc na tej plaży w sierpniu czułam sprawę mikołajkowych prezentów, za zamkniętą. Pięknie było pobyć tam, na tej plaży, polenić się i wygrzać w greckim słońcu, to tak jakby w środku lata dostać prezent od Św. Mikołaja, nie jakieś tam “coś”, przedmiot, upominek, ale całe morze i plażę z kościołem. Nie można tego prezentu ze sobą zabrać, oczywiście, poza kilkoma zdjęciami na pamiątkę, ale można powspominać do samej starości, gdy smutno, gdy za oknem ziąb i mróz, w łóżku grypa, a w nosie katar.

Miałam przyjemność w tym roku pokąpać się w kilku innych pięknych morzach na świecie, ale woda w zatoce Św. Mikołaja urzekła mnie i stwierdzam, że jest wyjątkowa.

Zatoka oprócz walorów naturalnych, czyściusieńkiej wody, pięknej plaży, ma jeszcze jeden atut – sakralny. Zaraz nieopodal morza szmaragdowego, na skałach stoi kościółek pod wezwaniem patrona zatoki Św. Mikołaja.

Szczególnie więc polecam tę plażę ludziom głęboko wierzącym i praktykującym.

St. Nicholas, to, św. Mikołaj, w tym miejscu patrona wszystkich marynarzy.

To jedno z niewielu miejsc w którym można mieć przyjemność, zarówno skorzystania z bogactwa szmaragdowej i wręcz niebiańskiej aury oraz doznań religijnych. Widok kościółka wprost z plaży, czy z morza i dochodzące z niego modlitwy i śpiewy wiernych oraz głośno dzwoniące dzwony, są prawdziwie mistycznym przeżyciem.

Oczywiście mam tę świadomość, że w kościele prawosławnym adoracja i kult Św. Mikołaja są nieco inne niż obchodzenie naszego Mikołajowego święta z 6 grudnia. Tamten święty, nie jest postacią wymyśloną z bajki, nie ubierał się na czerwono jak krasnal, nie mieszkał na biegunie i nie latał z reniferami, ale był zwyczajnie, człowiekiem, jak i my, żył dobrze, umarł godnie, a za swoje bogobojne i cnotliwe życie został po śmierci uznanym za świętego.

Mikołaj był poważnym i dobrym biskupem, serdecznym człowiekiem, który nie jednego desperata uratował przed życiem w nędzy, albo staropanieństwem z braku posagu, czy morską katastrofą, bo jest Św. Mikołaj przede wszystkim w tej zatoce patronem marynarzy, nad którymi sprawuje pieczę i troszczy się o ich szczęśliwe powroty z morza do domu.

Piękna rozłożysta plaża, widok ze skarpy na której stoi kościół Św. Mikołaja

Tak czy inaczej, być na plaży św. Mikołaja to jak otrzymać prezent z nieba. Dlatego też sprawę tegorocznych Mikołajek, po wykąpaniu się w tym morzu i wygrzaniu na tej plaży uważałam za całkowicie zamkniętą.

Okres szkolny i Mikołajki, wspominam źle. Miałam w dzieciństwie jakiegoś dziwnego niefarta do wylosowanych na loterii prezentów. Rok w rok dostawało mi się coś tak nie ciekawego, jak książka o budowie kwiatostanu , albo układanka, ale taka dla chłopczyków, szaro-bury samochodzik z plastiku w wielkości 2 cm, który za nim go złożyłam do kupy rozpadł mi się w rękach.

I wszystkie Mikołajki, jak jedno wielkie “Nie kocham cię”, zawsze takie samo z prezentem z przeceny, aż zaczęłam podejrzewać, że albo Mikołaj mnie nie kocha tak jak innych dzieci, albo wcale go nie ma. Trudno nie być rozczarowaną gdy inni przytulają do siebie miękkie pluszaki a ty wciąż masz czytać, albo składać mikro-układankę.

Tak więc co roku spoglądałam podejrzliwie w niebo, wciąż z tym samym pytaniem; – Dlaczego ?

Jednak którejś zimy Mikołaj przypomniał sobie o mnie i szczodrze obdarował, za co mu jestem stokrotnie wdzięczna, bo przede wszystkim najbardziej na świecie kocham morza.

Bardzo stara oliwka, nieopodal zatoki Św. Mikołaja. Drzewa oliwkowe na wyspie Zakhyntos były wyjątkowo magiczne.

Ptaki i inne zwierzaki

Ptaki i inne zwierzaki


Onieśmielony ...

Zdobywca trąby

Poczekaj ...., poczekaj ...

Mam trzy latka

Głodny . Aaaaaaaaaa

Mam 3 latka


Jestem speszony tym zainteresowaniem

dobrze nam razem

ale, obiadeczek :)

nie przeszkadzać ...



Czy te oczy mogą kłamać ?

Pragnę tylko tego mleka


Chcesz może pogadać ?

Grunt to cierpliwość

Czy jest nas dwóch czy jestem sam ?

Być czujnym

Mam muchę na nosie !!!

Dalekowzroczny

Mam muchę na nosie !

A czmu mi się tak przygląda, a ?

Wyspy Zielonego Przylądka

WYSPY ZIELONEGO PRZYLĄDKA /DUCH PUSTYNI / 2008/ Żeby doświadczyć pustyni wypadałoby się wybrać się do Egiptu, jak zrobił to Santiago z “Alchemika” Paula Coelho, ja jednak nie wybrałam sobie tej akurat pustyni egipskiej dla swego ducha, a raczej to mój duch jej sobie nie upodobał, chociaż tam byłam, na tej pustyni i fajkę wodną paliłam i na wielbłądku się przejechałam z dwa razy. Lecz pomimo to, że pustynia egipską była i magiczną, jak dla mnie nazbyt “jarmarczną” jej część zobaczyłam, żeby poczuć w niej ducha – ducha mej pustyni.

Urodzona Caboverdyjka, duch Afryki, życie we Francji, Madame Cesaria Evora.

Kocham jej głos i wykonania różnych starych klasycznych standardów, a i piosenki o Afryce, czy Brazylii mnie rozmarzają. Jest wprost idealnie brzmiąca, na długie zimowe i jesienne wieczory, gdzieś w romantycznej kafejce, może w Paryżu, a może w Poznaniu, albo, gdziekolwiek indziej, byle z nią i jej muzyką i z płomieniami świec w koło siebie, z dobrym winem na stole i nie banalnym towarzystwem u boku.

Cudowne i dzikie Salinas, wygasły krater wulkanu, po brzegi wypełniony kryształami soli. Fajnie było tak unosić się w słonej wodzi i robić sobie peeling solą z dna wulkanu.

A duch pustyni to taki stan w materii gdzie nic tylko cztery żywioły w okół ciebie tańczą, pod tobą nad tobą i przed tobą, żadnego człowieka jedynie kilometrami ciągnące się połacie piachu, nad głową rozgrzane słońce, najlepiej południowe i pod nogami sucha ziemia zapiaszczona gdzieniegdzie jakimś “zielem” urozmaicona, zawsze tym samym, zielem wytrwałym.

Czytaj dalej…

Na ringu – tajski boks

/TAJLANDIA/ Na ring wyszli wyjątkowo przystojni i dobrze zbudowani Tajowie.

Czego absolutnie nie można powiedzieć o pozostałej reszcie mężczyzn w tym kraju. W zasadzie starszy czy młodszy Tajlandczyk każdy z nich bez różnicy reprezentował sobą jeden i ten sam gatunek – męskiego “nieopierzonego”  nastolatka, małego przygarbionego chudzinki bez zarostu i zawsze w za luźnych spodniach. Oczywiście bywały wyjątki.

Gdy do stolika podchodził kelner zawsze zastawiało mnie,  czy to możliwe,  żeby wszyscy ci faceci  mieli po trzynaście lat ?

Jak dla mnie przeciętny Tajlandczyk to typ kompletnie nie atrakcyjnego mężczyzny w przeciwieństwie do jego tajskiej dziewczyny.

Czytaj dalej…

Alcazar show Pattaya. Tajlandia


FILM/ ALCAZAR SHOW/  Wyglądali jak duet dwóch oddzielnych osób, kobiety -dziewczyny w sukience i mężczyzny – chłopca we fraku. Kiedy Ona jemu śpiewała, on ukrywał się w cieniu za kurtyną, a kiedy jej kobieca połowa wkraczała na scenę, on rozpływał się gdzieś w mroku, żeby po jakimś czasie rozwiać złudzenia widowni, co do ich wzajemnej oddzielności, ale nie odrębności . Jedno ciało, jedna osoba i dwie przeciwstawne natury.

Taniec człowieka z samym sobą i swoją podwójną naturą. Kobieta i mężczyzna jedno stanowili ciało, przynajmniej w wydaniu grupy tanecznej Alcazar.

Show transwestytów budziło w widzach na widowni lekkie zażenowanie, chociaż nie było ku temu powodów poza wyobraźnią oczywiście i ewentualnie końcowym toples tancerzy wymalowanych na srebrno i złoto do muzyki z filmu J. Bond ; Jutro nie nadejdzie nigdy”. W tej scenie panowie ( panie?) pokazały odkryte jędrne biusty ( niektóre silikonowe).

Skupienie widzów było maksymalne, aparaty fotograficzne i kamery wystawały za każdej głowy. A na scenie show roztańczonych pięknych artystów w kolorowych błyszczących strojach z mocnym makijażem. – Popatrz widzu tak wygląda transwestyta jak idealna piękna kobieta, a ty pewnie przez cały czas zastanawiasz się gdzie ono w tych skąpych majtkach ukryło “ptaka”?

Po skończonym spektaklu oklaski były jakieś cieniuchne i nijakie, choć artyści zaprezentowali maksymalnie dobry poziom i zasługiwali nie tylko na oklaski, ale i na burzę braw ! Tajemnica tkwiła chyba w narodowości zasiadających na widowni. Większość tancerzy w Show Alcazar jest pochodzenia Rosyjskiego z tego też powodu ( jak mniemam) doceniono licznie przybyłą na przedstawienie grupę rodaków z Rosji i ostatni popisowy numer wykonano w języku i w strojach ludowych matki Rosji. Pierwsza reakcja? Totalne zaskoczenie. Przyjechać do Tajlandii i oglądać na scenie kreml i kolorową rażącą po oczach szopkę z Moskwą, to dopiero przeżycie. Druga reakcja, Rosjanie w pierwszej chwili zareagowali na to wyróżnienie z entuzjazmem, żeby po chwili zgasnąć jak świeczki na wietrze, chyba jednak po drodze coś do nich dotarło i z wrażenia nie wiedzieli czy się czuć zaszczyconymi czy obrażonymi. Pewnie dlatego końcowe oklaski były tak mizerne, jakby z połowa sali wyszła przed końcem przedstawienia (nie wyszła), aż mi się żal zrobiło pięknych “panien” .

Po skończonym spektaklu “tancerki” oczekiwały na co odważniejszych i ciekawskich turystów, wyciągając w ich stronę ponętnie ręce i z całej siły kusząc jędrną odkrytą piersią; – Choć, wezmę cię w ramiona, a sam-a sprawdzisz jaki jestem piękny z bliska.

Ale nie było zbyt wielu chętnych. Nasi wschodni sąsiedzi tak jak licznie przybyli, tak i szybko się zmyli, a to oni stanowili większą cześć widowni. Reszta przeważnie Niemcy, Francuzi i Amerykanie chętnie dali się uwieść tej chwili dla zdjęcia, omalże się przy tym nie nie kurcząc w objęciach wielgaśnych i bardzo czułych kobiecych panów. I ja dałam się ponieść upalnej nocy i wolnemu tajskiemu duchowi i przytulic do prawie obnażonych “kobiecych” wdzięków i też się trochę “skurczyłam”, ale zrobiłam i mężowi też pozwoliłam i po tym eksperymencie z całą stanowczością stwierdzam, że zdecydowanie to nie były kobiety.

A tu znajdziecie opinie innych : Długie włosy, wcięte talie, smukłe nogi i jędrne piersi. Kształtów tancerek kabaretu “Alcazar Show” nie powstydziłyby się najlepsze paryskie sceny. Jest jednak pewien drobny szczegół, który sprawia, że te aktorki są wyjątkowe. Szczegół anatomiczny (a właściwie już tylko jego pozostałość…). Bo te piękne tancerki jeszcze niedawno były mężczyznami.

Piękne tancerki po spektaklu wychodzą przed budynek teatru żeby pozować do zdjęć z wciąż oszołomionymi turystami. Zdradzają je jedynie zbyt duże, nieproporcjonalne stopy i… głos. Mimo kuracji hormonalnych wciąż niski i zbyt męski, by pasował do porcelanowych twarzyczek. Kiedy więc aktorki pozdrawiają nas swoim tubalnym głosem (w spektaklu śpiewają z play backu) czar pryska ;-) ( fragment ze strony FlashFashion.pl)




Show Alcazar

Show Alcazar

This movie requires Adobe Flash for playback.

The End

Po prostu Meksyk

To To był po prostu Meksyk

Meksyk był jedną z najfajniejszych i najradośniejszych moich podróży, to właśnie do Meksyku odważyłam się polecieć po raz pierwszy w życiu. To coś znaczyło. Dziś podziwiam siebie za odwagę, a może za głupotę, ale czy nie jest tak jak powiedział Kapelusznik w nowej Alicji, “że tylko wariaci są coś warci”. Świat niczym nagroda w konkursie “dla wytrwałych” po latach uwięzienia w jednej rzeczywistości podróżowania, pociągiem, samochodem, rowerem, mój pierwszy daleki lot, właśnie do Meksyku.

Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że Karaiby są jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Półwysep Jukatan ma do zaoferowania bardzo wiele atrakcji, po wylądowaniu, na lotnisku w Cancun przywitał nas zupełnie “nowy świat”. Poza klimatyzowaną halą lotniska było niezwykle parno i gorąco. Akurat wylądowaliśmy gdy padał deszcz, wilgotność była niesamowita, mój pierwszy oddech poza lotniskiem był szokiem. Nie ma tlenu, pomyślałam. Było mi duszno łapałam powietrze jak ryba, gdy pierwszego wieczoru poszłam coś zjeść i na parasol nad stolikiem lunął prawdziwie ulewny deszcz, ogarnął mnie lęk, byłam bliska zasłabnięcia. Uduszę się nie dam rady, pewnie cały pobyt przesiedzę w klimatyzowanym pokoju, tak wtedy pomyślałam. Na szczęście tak nie było i pierwszy klimatyczny szok minął szybko po pierwszej normalnie przespanej nocy, potem już do końca czułam się jak w raju.

Wielkie ptaki, niesamowicie błękitne morze, tajemnicze ruiny majów i Azteków. Możliwość dotknięcia dawno zaginionego czasu, wdrapania się na archaiczne ruiny majańskich świątyń i do tego, niesamowicie sympatyczni faceci. Każda kobieta wsiadająca i wysiadająca z meksykańskiej taksówki, na pewno poczuje się jak dama. Nie zdarzyło się żebym, choć raz sama musiała otwierać i zamykać sobie drzwi jakiegokolwiek samochodu . Cała aura która otaczała mnie w tamtym okresie, była niezwykła, ludzie których spotkałam w Meksyku byli niezwykli i niezwykle starannie zadbali o moje szczęście.

Jeśli miałabym coś rzec, o magicznych świętych ruinach, to tylko tyle, że jak dla mnie, nie były one najmagiczniejsze na Jukatanie, ale właśnie te ryby, szmaragdowe morza, ludzie i przyroda – krokodyle w podmokłym bajorze, gadające Gwarki, kąpiel z delfinami i rekinem w basenie.

Nie jestem archeologiem, ani tym bardziej nie należę do ekipy łowcy skarbów w stylu poszukiwacze zaginionej arki itp. dlatego dla mnie wycieczka do kompleksu piramid była jedynie “lekcją historii” o kulturze Majów i Azteków, oraz setce hipotez,, co się stało z jej twórcami ? A było tychże kilkanaście, od naukowych, po niesamowite, a i ja mam swoją własną. Przechadzałam się więc i robiłam zdjęcia, różnym rozpadającym się płaskorzeźbom, gwiezdnym jeźdźcom, schodzącym z nieba bogom i rytualnym scenom, uruchamiałam wyobraźnię, wysilając szare komórki, dotykałam murów, żeby lepiej poczuć ich energię i poczułam, zmęczenie upałem.

Było jednak miejsce w centrum archeologicznym w Cobie, z bardzo wysoką piramidą, i tam poczułam się inaczej. Zero zgiełku, turystów, wręcz pusto i dziko, wszystkie szczątki zabudowań świątynnych wyłaniały się z gęsto rosnącego lasu tropikalnego i tam, spacerując w zupełnej samotności, poczułam magię. Wdrapałam się na czworaka na praktycznie niemożliwą do zdobycia, zrujnowaną, poharataną i prawie pionowo stojącą piramidę. Stanęłam na jej szczycie wyczerpana, na trzęsących nogach, oświecona południowym słońcem i zlana potem. Przed sobą spostrzegłam “klimatyzowane” i otwarte pomieszczenie, świątynne sanktuarium kapłańskie. Weszłam tam bez namysłu, żeby odetchnąć i w zupełnej ciemności i chodnej oazie, poczuć się prawie jak aztecka kapłanka. W małym zamkniętym pomieszczeniu na szczycie starożytnej piramidy, naładowałam akumulatory. Po zejściu czułam się doskonale, odświeżona i odmłodzona.

Oczywiście to czego doświadczyłam było zaledwie maleńkim fragmentem tego, po co wybierają się prawdziwi fani starożytnych kultur. Nie znalazłam ostatniej kryształowej czaszki, ani nie medytowałam pod szczytem, ani na szczycie piramid, nie snułam gawęd ze starożytnymi potomkami mieszkańców dawnej ameryki, ani nie odkryłam tajemnicy końca świata, ale przywiozłam sobie czaszkę z agatu i panią śmierć w słomianym kapeluszu i kilka innych kościotrupów z amuletem z lokalnego kasztanowca. Kościotrupki, chłopczyk i dziewczynka wiszą w kuchni, przyczepione na sznurkach pod olejną reprodukcją Fridy Kahlo i każdy kto mnie odwiedza, zadaje pytanie, czy wyznaję jakieś wudu, albo czy przez cały rok obchodzę Halloween. A obchodzę … ? Oczywiście, że nie. To tylko pamiątki.

LEGENDA

“Posłuchajcie…” – tak zaczyna się wiele opowiadanych z ogromną swadą legend pochodzących z Jukatanu. Można w nich usłyszeć o aluxes – duchach lasu, którym lepiej nie wchodzić w paradę, albo o xtabay – nadnaturalnych stworzeniach, które przyjmują często postać pięknej kobiety, by ukraść mężczyźnie duszę.
Ważną rolę odgrywają także szamani uzdrawiający chorych i celebrujący tajemnicze rytuały na polach i w wioskach. Wyśmiewani przez lekarzy akademickich uzdrowiciele wyrobili sobie jednak pewną pozycję. Meksykański system ubezpieczeń społecznych uznał tradycyjne metody leczenia i pozostawia pacjentom wolny wybór lekarza, u którego zamierzają się leczyć.
Sztuka curanderos (uzdrowicieli) jest głęboko zakorzeniona w kulturze Majów, którzy mimo przyjętego niegdyś katolicyzmu nadal wierzą w bogów i duchy, w jakie wierzyli ich przodkowie. W wielu wioskach Majów do dziś przetrwały pradawne rytuały, do dziś rozbrzmiewają tu także poetyckie modlitwy o deszcz i urodzaj, kapłani składają ofiary przy źródłach i w jaskiniach, aby przebłagać duchy błyskawicy i wiatru.
Nawet gdy pod koniec pory deszczowej rozpoczyna się karczowanie lasów w celu pozyskania nowych pól uprawnych, odbywa się ono przy wtórze licznych ceremonii połączonych ze składaniem bogom lasu w ofierze placków kukurydzianych, co ma na celu uzyskanie przyzwolenia na karczunek. Jeśli przypadkiem musi zostać ścięte duże lub stare drzewo, drwal musi najpierw poprosić duszę drzewa o wybaczenie. Podczas zbiorów, pierwsze plony poświęca się zawsze bogom lasu.
Jest to rodzaj podziękowania bogom za otrzymaną ziemię.

Matematyka Majów

Matematyka Majów zdecydowanie różni się od naszej; używali oni dziewiętnaście CYFR i zero. Jest to rodzaj matematyki kosmicznej.
Nasza cywilizacja posługuje się dziewięcioma cyframi i zerem 0), co oznacza, że nasza operatywna inteligencja zna tylko połowę tego systemu. Matematyka dwudziestkowa Majów ujmuje bardzo głęboką wiedzą kosmiczną, której nie uwzględnia „matematyka teleskopów itp. Pokazuje, jak wygląda odliczanie czasu u Majów przy wykorzystaniu 260 kinów (TZOLKIN).

Majowie wykorzystywali dwie kluczowe liczby: 13 i 20. System trzynastkowy stanowił czynnik czasowy. Aby zrozumieć, czym jest czynnik czasowy, należy pojąć dynamikę TRZYNASTKI. Reprezentuje ona wielkość matematyczną, ujmującą jakość i ilość w procesie materialnego Stwarzania. „13” to perpetum mobile napędzające cały proces tworzenia, np. 13 dni, pory roku po 13 tygodni itd. Tak więc pewien magiczny zegar, który nie jest nam jeszcze dostępny, wyznacza rytm ewolucji według liczby 13. Siła napędowa ewolucji połączona jest bardzo silnie z cyfrą 13.
Druga ważna liczba u Majów to 20, czyli dziewiętnaście liczb i zero. 20 jest związana z prawa półkulą mózgu; symbolizuje ją 20 archetypów (20 pieczęci).
Liczby 13 i 20 mają ogromny wpływ naszą biologię, co zostało potwierdzone naukowo, np. nasze geny są dwudziestkowe (20 aminokwasów). Liczba 20 odgrywa też znaczącą rolę w budowie atomów.
(Johannem Kössner)

Śmierć w Meksyku, to kulturowa codzienność, nie można przejść obok obojętnie, jej szkielet od wysokości i postury normalnej kobiety po maleńkie kościotrupki dekorują wszystkie miejsca w Meksyku, przez calutki rok. Śmierć na plaży w restauracji, w klubie tanecznym, i w centrum handlowym. Śmiem twierdzić, że meksykańskie sombrero, tequila i kostucha w tym sombrerze z cygarem w dziurawej szczęce i tequilą w kościstej łapie jest jednym z najbardziej charakterystycznych symboli Meksyku.

Zapraszam do obejrzenia zdjęć, wysłuchania piosenki o miłości i nurkowania.

Pani Śmierć w galerii handlowej Węża Cuculcana

Wszechobecna Pani, coraz częściej nazywana “Świętą Śmiercią” do której modły zanosi coraz większa grupa Meksykanów. Na całym obszarze jest , istnieje obok przecudownego karaibskiego Raju, “śmierć” spotykamy wszędzie , w każdej kafejce, miejscu rozrywki, parku krajobrazowym, nad każdą kasą w której się płaci za luksusowe towary, skrycie wmanipulowana, prawie nie widoczna… zawsze pięknie wystrojona, czasem w postaci szkieletu w kapeluszu, albo z włosami na główce ( przesympatyczna). Takowych szkielecików przywiozłam kilka, na specjalne zamówienia :) Trochę głupio się leciało ze świadomością kilku czaszek w bagażu podręcznym ;)
Każdy z nas , ja i ty , jest poza cielesną powłoką – właśnie taki jak ta ” Pani” na zdjęciu- ziemska konstrukcja plus “ubranko”.


Piramida w Cobie

Piramida w Cobie, właśnie ta w okół której nie ma spędu turystów, zero tłoku można się poczuć jak archeolog odkrywca.

Meksyk to muzyka

Jest w niej klimat przejmującego romantycznego dramatyzmu, jak i energia gorącego meksykańskiego lata.

Posłuchajcie,

ileż w niej pasji i wewnętrznego przeżywania.





Ależ tam było morze.. Na skarpie Starożytne Tulum

ZEJŚCIE DO MORZA W TULUM. Tam się nie nurkowało a zażywało ciepłej kąpieli

NURKOWANIE

Nigdy nie zapomnę bezinteresownego zaangażowania pewnego człowieka, który nauczył mnie pływania z nurkowaniem w jednej z najpiękniejszych zatok Hel-Ha na morzu karaibskim. Przemiły pan przywdział na tę okoliczność nawet chustę, zapewne żeby uniknąć udaru, ale dla mnie, był to widok jak z obrazka z napisem “niech ci w tym miejscu niczego do szczęścia nie brakuje, wszystko jest, pirat też, przystojny jak sam bóg”. – “Niech się pani nie martwi, że utonie, powiedział “pirat” jestem ratownikiem, nurkiem i marynarzem “. Ależ magia. Słowa jak zaklęcie, bez wahania rzuciłam się z nim w morskie otchłanie. A pod nami był zupełnie inny świat, woda z jej skarbami, ogromnymi tuńczykami i innymi pięknymi rybami.

Zanurzając się w nim totalnie, miałam odczucie powrotu do korzeni. Ciepłe morze obejmowało mnie niczym wody płodowe na chwilę przed urodzeniem. Cisza i mój rytmiczny spokojny oddech, świat pode mną, świat we mnie, dwie rzeczywistości połączone w jedną całość, idealna harmonia podwodnego wymiaru. Przez chwilę doświadczyłam czasu przed czasem. Przybierając pozycję ludzkiego embrionu powróciłam do niebycia nikim, poza samym istnieniem. Magiczne doświadczenie.

Dobry był to człowiek, ten polski pirat, “ktoś” po godzinach pracy. Ja opowiedziałam mu co czuję w sercu piramid, a on nauczył mnie widzieć, inaczej, pod wodą.

Zdobyta umiejętność nurkowania, pozostała we mnie już na zawsze gdy bez pirata i ratownika bez wahania wskakiwałam do innych morskich otchłani i oceanów.

Niesamowity małpiszon w indiańskiej wiosce

Stanowisko Archeologiczne w Chichen Itza

Przyroda w Tulum

Rękodzieło, pamiątki itd.

Miasta Starożytnych, Tulum nad morzem Karaibskim

Jedna z Iguan licznie zamieszkujących ruiny w Tulum na Jukatanie

Wybrzeże Morza Karaibskiego w Tulum

Sala tysiąca kolumn na Jukatanie w kompleksie Chichen Itza

Widok Morze Karaibskie w Tulum. Czy ta skała nie wygląda ja słoń ?

Przyroda w Tulum

Przyroda w punktach archeologicznych, na zdjęciu Tulum

Stanowisko archeo. w Tulum na Jukatanie. Miasto centrum władzy starożytnych Majów

Uprawa Agawy na bardzo dobrą meksykańską Tequilę

Jeździec i Koń

Taniec muzyka

Meksykański cmentarz, po mimo że jaskrawo kolorowy to i tak

Schodzący bóg

Schodzący bóg, nad wejściem do mojej

Za cholerę nie wiec co ten helikopter ciągnął, bombę ?

Ruiny w Chicen - Itza

Starożytne obserwatorium astronomiczne Majów

Starożytne obserwatorium astronomiczne Majów

Sala tysiąca kolumn

Ręcznie malowana ława w sklepie z pamiątkami

Rekin pod hotelem, z rannego połowu

Chichen - Itza

Najsłynniejsza piramida na Jukatanie

Ulice Isla Mucheres

Ulice miasta na wyspie Isla Mucheres, Wyspie Kobiet

Ulice w Cancun

Ulice w Cancun

Pora deszczowa, strasznie duszno

Wielka Bogini Macierz

Plaże w Tulum

Koty, wakacyjne wspomnienie z Teneryfy

/ KRÓL LEW/ i inne koty / TENERYFA

...

...

...

biała lwica

Biały tygrys

I inne koty trzymane w niewoli, poza kotem domowym. Może czasem warto nie urodzić się na króla wtedy, być może nie do końca, ale zawsze w jakimś stopniu, pozostanie się bardziej wolnym — od głów ugrzywionych i koronowanych.