Archiwum kategorii ‘FOTOGRAFIA TURYSTYKA’
Zakhyntos na plaży
/ZAKHYNTOS/ U Świętego Mikołaja
Co prawda to nie było w grudniu i nie w Mikołajki, ale będąc na tej plaży w sierpniu czułam sprawę mikołajkowych prezentów, za zamkniętą. Pięknie było pobyć tam, na tej plaży, polenić się i wygrzać w greckim słońcu, to tak jakby w środku lata dostać prezent od Św. Mikołaja, nie jakieś tam “coś”, przedmiot, upominek, ale całe morze i plażę z kościołem. Nie można tego prezentu ze sobą zabrać, oczywiście, poza kilkoma zdjęciami na pamiątkę, ale można powspominać do samej starości, gdy smutno, gdy za oknem ziąb i mróz, w łóżku grypa, a w nosie katar.
Miałam przyjemność w tym roku pokąpać się w kilku innych pięknych morzach na świecie, ale woda w zatoce Św. Mikołaja urzekła mnie i stwierdzam, że jest wyjątkowa.
Zatoka oprócz walorów naturalnych, czyściusieńkiej wody, pięknej plaży, ma jeszcze jeden atut – sakralny. Zaraz nieopodal morza szmaragdowego, na skałach stoi kościółek pod wezwaniem patrona zatoki Św. Mikołaja.
Szczególnie więc polecam tę plażę ludziom głęboko wierzącym i praktykującym.
To jedno z niewielu miejsc w którym można mieć przyjemność, zarówno skorzystania z bogactwa szmaragdowej i wręcz niebiańskiej aury oraz doznań religijnych. Widok kościółka wprost z plaży, czy z morza i dochodzące z niego modlitwy i śpiewy wiernych oraz głośno dzwoniące dzwony, są prawdziwie mistycznym przeżyciem.
Oczywiście mam tę świadomość, że w kościele prawosławnym adoracja i kult Św. Mikołaja są nieco inne niż obchodzenie naszego Mikołajowego święta z 6 grudnia. Tamten święty, nie jest postacią wymyśloną z bajki, nie ubierał się na czerwono jak krasnal, nie mieszkał na biegunie i nie latał z reniferami, ale był zwyczajnie, człowiekiem, jak i my, żył dobrze, umarł godnie, a za swoje bogobojne i cnotliwe życie został po śmierci uznanym za świętego.
Mikołaj był poważnym i dobrym biskupem, serdecznym człowiekiem, który nie jednego desperata uratował przed życiem w nędzy, albo staropanieństwem z braku posagu, czy morską katastrofą, bo jest Św. Mikołaj przede wszystkim w tej zatoce patronem marynarzy, nad którymi sprawuje pieczę i troszczy się o ich szczęśliwe powroty z morza do domu.
Tak czy inaczej, być na plaży św. Mikołaja to jak otrzymać prezent z nieba. Dlatego też sprawę tegorocznych Mikołajek, po wykąpaniu się w tym morzu i wygrzaniu na tej plaży uważałam za całkowicie zamkniętą.
Okres szkolny i Mikołajki, wspominam źle. Miałam w dzieciństwie jakiegoś dziwnego niefarta do wylosowanych na loterii prezentów. Rok w rok dostawało mi się coś tak nie ciekawego, jak książka o budowie kwiatostanu , albo układanka, ale taka dla chłopczyków, szaro-bury samochodzik z plastiku w wielkości 2 cm, który za nim go złożyłam do kupy rozpadł mi się w rękach.
I wszystkie Mikołajki, jak jedno wielkie “Nie kocham cię”, zawsze takie samo z prezentem z przeceny, aż zaczęłam podejrzewać, że albo Mikołaj mnie nie kocha tak jak innych dzieci, albo wcale go nie ma. Trudno nie być rozczarowaną gdy inni przytulają do siebie miękkie pluszaki a ty wciąż masz czytać, albo składać mikro-układankę.
Tak więc co roku spoglądałam podejrzliwie w niebo, wciąż z tym samym pytaniem; – Dlaczego ?
Jednak którejś zimy Mikołaj przypomniał sobie o mnie i szczodrze obdarował, za co mu jestem stokrotnie wdzięczna, bo przede wszystkim najbardziej na świecie kocham morza.

Bardzo stara oliwka, nieopodal zatoki Św. Mikołaja. Drzewa oliwkowe na wyspie Zakhyntos były wyjątkowo magiczne.
Wyspy Zielonego Przylądka
WYSPY ZIELONEGO PRZYLĄDKA /DUCH PUSTYNI / 2008/ Żeby doświadczyć pustyni wypadałoby się wybrać się do Egiptu, jak zrobił to Santiago z “Alchemika” Paula Coelho, ja jednak nie wybrałam sobie tej akurat pustyni egipskiej dla swego ducha, a raczej to mój duch jej sobie nie upodobał, chociaż tam byłam, na tej pustyni i fajkę wodną paliłam i na wielbłądku się przejechałam z dwa razy. Lecz pomimo to, że pustynia egipską była i magiczną, jak dla mnie nazbyt “jarmarczną” jej część zobaczyłam, żeby poczuć w niej ducha – ducha mej pustyni.
Urodzona Caboverdyjka, duch Afryki, życie we Francji, Madame Cesaria Evora.
Kocham jej głos i wykonania różnych starych klasycznych standardów, a i piosenki o Afryce, czy Brazylii mnie rozmarzają. Jest wprost idealnie brzmiąca, na długie zimowe i jesienne wieczory, gdzieś w romantycznej kafejce, może w Paryżu, a może w Poznaniu, albo, gdziekolwiek indziej, byle z nią i jej muzyką i z płomieniami świec w koło siebie, z dobrym winem na stole i nie banalnym towarzystwem u boku.

Cudowne i dzikie Salinas, wygasły krater wulkanu, po brzegi wypełniony kryształami soli. Fajnie było tak unosić się w słonej wodzi i robić sobie peeling solą z dna wulkanu.
A duch pustyni to taki stan w materii gdzie nic tylko cztery żywioły w okół ciebie tańczą, pod tobą nad tobą i przed tobą, żadnego człowieka jedynie kilometrami ciągnące się połacie piachu, nad głową rozgrzane słońce, najlepiej południowe i pod nogami sucha ziemia zapiaszczona gdzieniegdzie jakimś “zielem” urozmaicona, zawsze tym samym, zielem wytrwałym.
Na ringu – tajski boks
/TAJLANDIA/ Na ring wyszli wyjątkowo przystojni i dobrze zbudowani Tajowie.
Czego absolutnie nie można powiedzieć o pozostałej reszcie mężczyzn w tym kraju. W zasadzie starszy czy młodszy Tajlandczyk każdy z nich bez różnicy reprezentował sobą jeden i ten sam gatunek – męskiego “nieopierzonego” nastolatka, małego przygarbionego chudzinki bez zarostu i zawsze w za luźnych spodniach. Oczywiście bywały wyjątki.
Gdy do stolika podchodził kelner zawsze zastawiało mnie, czy to możliwe, żeby wszyscy ci faceci mieli po trzynaście lat ?
Jak dla mnie przeciętny Tajlandczyk to typ kompletnie nie atrakcyjnego mężczyzny w przeciwieństwie do jego tajskiej dziewczyny.
Bajeczna Tajlandia
I ZNÓW SŁOŃ
?
A co na to dobrzy ludzie, co tak licznie przybyli na to widowisko ?
Oj Bardzo rożnie
Zobaczcie ba miny tych panów …

Ta pani przestrzegała nas przed czerwonym robactwem, a i tak mnie coś bardzo mocno ugryzło i to bardzo czerwonego.
Ależ to była frajda napatrzeć się do woli, naprzyglądać ludziom i zwierzakom.
Przez moment nawet przyszło mi do głowy że ludzie na widowni i ich reakcje są o wiele ciekawsze niż zmagające się z siłą grawitacji słonie chodzące na dwóch tylnych nogach.
Baśniowa Tajlandia, taka była piękna egzotyczna czasem niepokojąca i cudowna.
Świat jak z bajki, przynajmniej dla turysty, świat zdumiewający i tak odmienny od dobrze nam znanego w Europie, że człowiek ma wrażenie iż przeniósł się na inną planetę. Tamtejszy świat jest tak urozmaicony i niezwykły a jednocześnie tak ludzki jak mało gdzie.
Cudowne jedzenie, nigdzie nie jadłam tak pysznego rosołu z kalmarów ! I pewnie już nie zjem …
Co najbardziej podobało mi się w Azji ? W zasadzie nie miałam czasu żeby się zastanowić, po pierwszej wizycie w tym miejscu w zasadzie wszystko, oprócz zmuszania słoni żeby chodziły na dwóch nogach, wszechobecnego ulicznego smrodku, bardzo dziwacznych potraw, prostytucji i ludzi trzymający na uwięzi “jakieś” zwierzątka albo ptaszki w drewnianych klateczkach maleńkich , że ledwie się ten ptaszek nie udusił w oczekiwaniu na dolara za którego można było nie tylko zwrócić owemu zwierzątku wolność co jeszcze zyskać dobrą karmę, no i jeszcze ta straszna duchota i prawie non stop zachmurzone niebo.
Podobną zmorą co duszność, był tam wszechobecny bardzo pozorny bałagan. Żeby w Pattaya w sobotni wieczór przejść na drugą stronę ulicy, odstawałam przy krawężniku około 15 minut, albo i więcej.
Kogo to obchodziło że chciałam przejść? Absolutnie nikogo. Stałam tak zniecierpliwiona, ja po jednej stronie ulicy a mąż po drugiej próbując mnie skłonić do wejścia na ulicę. Próbowałam wpakować się na silę jak w Warszawie, ale to była porażka i tylko moje ryzyko – nikt absolutnie nigdy się nie zatrzymał widząc moją determinację, a co najwyżej przejechał po nogach. Natomiast co ciekawe przez cały ten czas nie dostrzegłam też pogotowia ratunkowego policji i wypadku. Niesamowite.
No właśnie ten pierdolnik i syf uliczny był pozorny, bardzo pozorny ( zupełnie na odwrót jak u nas) bo gdy się troszkę tam zadomowiłam z przerażeniem spostrzegłam, że to ja jestem nerwowa, rozbałaganiona i cały czas pobudzona do działania – spięta jak agrafka, nieprzytomna, a Tajlandczycy pod tym pozornym zamieszaniem ukrywają wręcz niesamowity jakiś wewnętrzny spokój i kompletny brak nerwowości oraz mimiki twarzy. Przez cały swój pobyt przebywając w bardzo różnych miejscach nie spotkałam nikogo kto by się irytował, gdzieś spieszył albo z kimś kłócił, co jest nie do pomyślenia nawet w moim bardzo spokojnym mieście.
Nigdy nie zgadłabym jak szybko po drodze napotkam grupkę buddyjskich mnichów.
Ledwie wysiadłam z samolotu w drodze do hotelu na małym przystaneczku na siusiu, poszłam nie gdzie indziej jak do męskiej toalety.
Co prawda mnisia grupa próbowała na migi i BARDZO SPOKOJNIE odwieść mnie od zamiaru wchodzenia dalej, żeby ostatecznie kompletnie mnie zignorować.
Tak więc grupę pomarańczowych mnichów spotkałam zaraz po przylocie w drodze do w męskiej toalety i pomyśleć, że zawsze gdy rozważałam możliwość takiego spotkania, przez myśl by mi nie przeszło, że będzie to spotkanie w męskiej toalecie.
W marzeniach i duchowych oczekiwaniach, była to pachnąca kadzidłami świątynia gdzieś na szczytach niedostępnych gór i jaskiń, albo ocieniona drzewami magiczna dolina – a tu masz babo publiczny wychodek. Powyżej na zdjęciu to oczywiście nie są mnisi z mojej “przygody” ( nie śmiałabym takim młodym mnichom robić zdjęć przed toaletą … nie, nie), a przed wejściem do jednej ze świątyń w Bangkoku
Powiem tylko, że byłam tak nieprzytomna i ani trochę nie czułam się rozczarowana, a ta toaleta tylko nazywała się TOALETĄ i zdecydowanie nie pachniała kadzidłami
, A już do niej trafić było dla mnie wyższą szkołą jazdy, zdecydowanie nie po kilkunastu godzinach w samolocie i z -25 w Polsce na + 35 tam.
Czułam się jakbym mnie wysadzili na Marsie.
Przyznam szczerze. Ten ich spokój i brak emocjonalnych reakcji trochę mnie irytował, a zwłaszcza w ostatni dzień w który jakieś złe licho kazało mi położyć prawą rękę akurat tam gdzie siedział sobie jakiś dziwny czerwony i co normalne egzotyczny niezidentyfikowany pajączek, około centymetrowej średnicy. Tak mi się przypiął do ręki na poziomie kciuka i tak mocno mnie ugryzł, iż myślałam, że z bólu oszaleję ( na szczęście co odkryłam dopiero w domu nie był jadowity i nie śmiertelny).
Wpadłam w prawdziwy obłęd i panikę, ratowałam się o wiele lepiej niżbym kiedykolwiek przypuszczała, że potrafię. Na początek omal nie odgryzłam sobie kawałka ciała wysysając to co wpuścił mi do środka obrzydliwy czerwony robal, potem zawiązałam ugryzioną dłoń, na poziomie przegubu, następnie włożyłam rękę do lodówki hotelowego zamrażalnika , a potem pobiegłam na miasto szukać pomocy.
To nic, że było aż 40-45 stopni w słońcu i że po drodze śmierdziały grzały przydrożne grille.- i kopciły samochody. Nikt w żadnej aptece ani zielarni w ogóle się mną nie przejął , a spotykałam się wyłącznie z wyrozumiałym spokojem i jakąś tam oferowaną maścią na ugryzienia oraz tabletkami hydroxizinum na uspokojenie i wręcz nienaturalnym kamiennym spokojem buddy na twarzy ( bez uśmiechu, co mnie niepokoiło).
Pomyślałam, że to chyba nie są ludzie, tacy jak ja czy Ty. Nic dziwnego, że uważa się Chińczyków za potomków kosmitów i najstarszą rasę ludzi na świecie ( nie wiem tego na pewno) , a Tajowie zdecydowanie przywędrowali z południowych Chin i pochodzą właśnie od Chińczyków.
Ich oczy przemawiały w zrozumiałym dla mnie, duchowym dialekcie i brzmiały jak szyderstwo losu;
- No cóż moja droga, jeśli taka twoja karma, to umrzesz, ale nie przejmuj się, przecież umrze tylko twoje ciało nie Ty !
Nie będę ukrywać, Tajlandia zrobiła na mnie ogromne i niepowtarzalne wrażenie, będę tęsknić za tymi klimatami, zupą z kalmarów, tym całym ich bałaganem i miastem ożywającym nocą, domkami duchów i pomnikami Brahmy i Buddy i już do końca swoich dni będę o niej marzyć, chyba, że uda mi się jeszcze raz złamać wszystkie swoje strachy i samolotowe lęki i odłożyć trochę kasy, nie na czarną godzinę jak się zwykło robić i najrozsądniej, tylko oszaleję raz jeszcze i polecę bez wahania, aż na koniec świata. Ale kto wie co zrobię ? Świat jest zdecydowanie za duży żeby go obrobić na szybko w jedno życie. Czy nie pora mi teraz wybrać się do Indii, do których tak mocno i przekonywująco zachęcają mnie słowa Tiziano Terzaniego z książki o pięknym tytule; “Nic nie zdarza się przypadkiem” ( kocham tego faceta i jego dzielnego i mądrego ducha) i dodam, że tak trochę dzięki niemu odważyłam się polecieć aż do Azji, zdecydowanie pod wpływem jego duchowej sugestii.
Alcazar Show
ALCAZAR SHOW/ PATTAYA/ Tych Dwoje jednym ciałem się stało,
i zamieszkało w Pattaya
Jedyne tak liczne show na świecie
Składające się z aktorów transwestytów.
Show Alcazar
kliknij w zdjęcie i zobacz więcej
Zobacz Więcej >>>
Czy pilot aby dobrze się dziś czuje ?
W świetle ostatniego dramatu mój post i moje odczucia z lotów samolotami, nie wydają mi się już takie infantylne i głupie.
Podobne lęki ma więcej osób tylko się do tego nie przyznają, ba takie koszmary, naprawdę się zdarzają i to bez względu na osobę, los, nie oszczędza nikogo, od prezydenta i generała sił powietrznych, po szarego obywatela … Czy to los, fatum, wina człowieka, czy co innego ?
Gdy jestem w samolocie zawsze odczuwam stres współpasażerów i ich siłą tłumione lęki.
Tajlandki i turyści
W Tajskich kobietach zamieszkuje wyjątkowa dusza
Tajlandki są przepięknymi kobietami, a oprócz urody mają w sobie coś tak urzekającego od wewnątrz, że nie można im się oprzeć. Jeśli jakiemuś mężczyźnie z zachodu uda się posiąść ciało tajskiej dziewczyny, to wyłącznie ciało, nigdy nie zdobędzie jej całej, choćby i “kupił” ją sobie na własność. Mentalność Tajów, ich moralność polega na nie przywiązywaniu większej wagi do spraw cielesności, ich moralność ma niewiele wspólnego z naszą europejską, a już na pewno nie katolicką. Miłość według Tajów, to nie ciało, ono, nie jest miłością, jedynie narzędziem potrzebnym do życia, miłość może chwilowo być w ciele, jak dusza w nim jest, ale nie jest z nim tożsama. Jeśli twoje wnętrze i dusza nie kocha innego, nigdy nie dopuszczasz się zdrady.
Ciało, to seks, prokreacja i karmienie zmysłów, pojazd przez życie. Dusza jest wieczna i miłość również , obie są ponad cielesnością, nie do zdobycia. Dlatego można posiąść tajską dziewczynę i nasycić nią zmysły i pożądania, nigdy zaś nie można posiąść jej w całości. Tajskie kobiety mają klasę o jakiej jedynie mogą pomarzyć kobiety z innych części świata.
Rzadkością jest usłyszeć żeby ktoś mówił o tajskich kobietach, jako o dziwkach, nikt ich tak nie nazywa, poza swojskim “Tajka” , a dlaczego ? Bo tajskie dziewczęta nie są dziwkami, pomimo, że handlują bez skrępowania swymi wdziękami, ku uciesze mężczyzn z zachodu, tracących dla nich nie tylko głowy, ale i często dorobek życia. A jeśli nie dorobek życia, to przynajmniej sporo kasy z karty kredytowej, gdy na przykład okaże się, że dziewczyna tylko wyglądała na pełnoletnia, a zdarza się to dosyć często, gdyż prawie wszystkie Tajki z wyglądu sa dziewczynkami
Czy te naczynia nie mają z nami ludźmi, coś wspólnego ? Gliniane twarze na których malują się zupełnie ludzkie nastroje.
Tajlandia to kraj po brzegi wypełniony symboliką, nie sposób jej przegapić i przejść obojętnie, z niczym nie skojarzyć …
Gliniane głowy w ogrodzie
Wiara w duchy. Tam gdzie ludzie i duchy wspólnie mieszkają
Jak to z tymi duchami jest ? Wierzyć w nie czy nie wierzyć? A może to zależy od tej części świata w której przyszło nam się urodzić i wychować, a potem żyć i nabrać przekonań ? A Być może w naszym zachodnim klimacie ulegamy bardziej destruktywnemu wpływowi od bytów niematerialnych, niż mieszkańcy np. Tajlandii ? Ciekawe jak za 100 lat wypowie się na ten temat nauka? Ale to innym razem. Teraz jedynie obserwacja tego co jest i moje prywatne domowe eksperymenty z domkiem duchów, muszą mi wystarczyć.
Moja córka pochwaliła się w szkole że była mieście duchów, dzieciaki aż zaniemówiły z wrażenia. – Gdzie byłaś, a nie wróciłaś opętana przez złego ducha?
Oczywiście Pattaya to nie miasto duchów, a wręcz przeciwnie tętni w nim życie, to jednak nie sposób ominąć tej jego części, która ludziom wychowywanym w wierze chrześcijańskiej na pewno skojarzy się z czymś takim jak pogaństwo, albo wręcz szataństwo.
Chodzi o to, że w Tajlandii wierzy się w dobre i złe duchy tak jak w naszej kulturze w zastępy beatyfikowanych świętych. W każdym miejscu na ulicy w sklepie czy w urzędzie jest miejsce, na coś, co nazywa się tam domkiem dla duchów. Tajowie na bardzo poważnie i z szacunkiem traktują te duchowe miejsca.
Ten hotelowy domek, kącik dla duchów, był nadzwyczaj eklektyczny, stała w nim i choinka.

-
Domek duchów w hotelu Empress w Kambodży, w tym przypadku jest eklektycznie, w tym domku ustawiono nawet choinkę
Kiedy zaraz na początku naszej wizyty w Pattaya udaliśmy się do lokalnego fotografa żeby zrobić zdjęcia do kambodżańskiej wizy, zaskoczyła nas pewna scena. Kiedy my grzecznie czekaliśmy na sklepowych krzesełkach, aż nasze zdjęcia się zrobią , z zaplecza wyszła młoda dziewczyna ze stołkiem w ręku i podeszła do czegoś w rodzaju kilkupoziomowego ołtarzyka z rożnymi figurkami, zdjęciami i jedzeniem, po czym zabrała stamtąd szklankę z wodą i talerzyki z owocami, a na ich miejsce przyniosła nowe. Mąż spojrzał się na mnie i dodał. – No co się dziwisz ? To tak jak Ty zmieniasz kanarkowi wodę, ona duchowi.
Duchy też jedzą, jak je nakarmisz do syta, nie zjedzą ciebie
Na mieście co parę kroków można napotkać takie domostwo, stoją przy restauracjach , przyozdobione kwiatami, figurkami z buddy, albo innego bóstwa. Duchy w Tajlandii karmi się tym co i ludzi, a więc w ich domkach nie może zabraknąć jedzenia i picia, najczęściej podaje się duchom owoce i różne napoje, czasem nawet ze słomką, od zwykłej czystej wody, po napoje gazowane i piwo. Pod naszym hotelem stał domek z wizerunkiem złotego Brahmy, bóstwa z czterema twarzami. Gdy wracałam do hotelu zawsze go mijałam i miałam wrażenie, że z każdego miejsca spogląda na mnie jedną ze swoich twarzy.
Słoń, seks, duchy, Budda i kwitnące orchidee są symbolami Tajlandii
Do Tajlandii pojechałam z rodziną, mąż, ja i jedenastoletnia córka. Najważniejsze dla nas w Tajlandii były oczywiście słonie, przejażdżka w dżungli, obmacywanie bosymi stopami ich grzbietu pokrytego klującymi krótkimi włoskami, karmienie bananami, podziwianie ich przyjaznej natury i niesamowitych oczu z rzęsami.
Warszawa – Amsterdam-Bangkok- Pattaya do Tajlandii
Siedzą i do siedzenia cierpliwego zachęcają. Czekać, czekać …

Podróż z Warszawy do Amsterdamu trwała dwie godziny, był to mój przystanek tranzytowy z którego czekało mnie następne 12 godzin lotu w kierunku wschodzącego słońca. Ostatni raz gdy byłam na tym lotnisku w Amsterdamie w drodze do Meksyku, chyba nie było jeszcze tej pomalowanej holenderskiej krowy ? Albo jej wtedy w stresie, nie zauważyłam ?
Moje Ja w szybie przypatruje się “przeznaczeniu”

Po prostu Meksyk
To To był po prostu Meksyk
Meksyk był jedną z najfajniejszych i najradośniejszych moich podróży, to właśnie do Meksyku odważyłam się polecieć po raz pierwszy w życiu. To coś znaczyło. Dziś podziwiam siebie za odwagę, a może za głupotę, ale czy nie jest tak jak powiedział Kapelusznik w nowej Alicji, “że tylko wariaci są coś warci”. Świat niczym nagroda w konkursie “dla wytrwałych” po latach uwięzienia w jednej rzeczywistości podróżowania, pociągiem, samochodem, rowerem, mój pierwszy daleki lot, właśnie do Meksyku.
Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że Karaiby są jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Półwysep Jukatan ma do zaoferowania bardzo wiele atrakcji, po wylądowaniu, na lotnisku w Cancun przywitał nas zupełnie “nowy świat”. Poza klimatyzowaną halą lotniska było niezwykle parno i gorąco. Akurat wylądowaliśmy gdy padał deszcz, wilgotność była niesamowita, mój pierwszy oddech poza lotniskiem był szokiem. Nie ma tlenu, pomyślałam. Było mi duszno łapałam powietrze jak ryba, gdy pierwszego wieczoru poszłam coś zjeść i na parasol nad stolikiem lunął prawdziwie ulewny deszcz, ogarnął mnie lęk, byłam bliska zasłabnięcia. Uduszę się nie dam rady, pewnie cały pobyt przesiedzę w klimatyzowanym pokoju, tak wtedy pomyślałam. Na szczęście tak nie było i pierwszy klimatyczny szok minął szybko po pierwszej normalnie przespanej nocy, potem już do końca czułam się jak w raju.
Wielkie ptaki, niesamowicie błękitne morze, tajemnicze ruiny majów i Azteków. Możliwość dotknięcia dawno zaginionego czasu, wdrapania się na archaiczne ruiny majańskich świątyń i do tego, niesamowicie sympatyczni faceci. Każda kobieta wsiadająca i wysiadająca z meksykańskiej taksówki, na pewno poczuje się jak dama. Nie zdarzyło się żebym, choć raz sama musiała otwierać i zamykać sobie drzwi jakiegokolwiek samochodu . Cała aura która otaczała mnie w tamtym okresie, była niezwykła, ludzie których spotkałam w Meksyku byli niezwykli i niezwykle starannie zadbali o moje szczęście.
Jeśli miałabym coś rzec, o magicznych świętych ruinach, to tylko tyle, że jak dla mnie, nie były one najmagiczniejsze na Jukatanie, ale właśnie te ryby, szmaragdowe morza, ludzie i przyroda – krokodyle w podmokłym bajorze, gadające Gwarki, kąpiel z delfinami i rekinem w basenie.
Nie jestem archeologiem, ani tym bardziej nie należę do ekipy łowcy skarbów w stylu poszukiwacze zaginionej arki itp. dlatego dla mnie wycieczka do kompleksu piramid była jedynie “lekcją historii” o kulturze Majów i Azteków, oraz setce hipotez,, co się stało z jej twórcami ? A było tychże kilkanaście, od naukowych, po niesamowite, a i ja mam swoją własną. Przechadzałam się więc i robiłam zdjęcia, różnym rozpadającym się płaskorzeźbom, gwiezdnym jeźdźcom, schodzącym z nieba bogom i rytualnym scenom, uruchamiałam wyobraźnię, wysilając szare komórki, dotykałam murów, żeby lepiej poczuć ich energię i poczułam, zmęczenie upałem.
Było jednak miejsce w centrum archeologicznym w Cobie, z bardzo wysoką piramidą, i tam poczułam się inaczej. Zero zgiełku, turystów, wręcz pusto i dziko, wszystkie szczątki zabudowań świątynnych wyłaniały się z gęsto rosnącego lasu tropikalnego i tam, spacerując w zupełnej samotności, poczułam magię. Wdrapałam się na czworaka na praktycznie niemożliwą do zdobycia, zrujnowaną, poharataną i prawie pionowo stojącą piramidę. Stanęłam na jej szczycie wyczerpana, na trzęsących nogach, oświecona południowym słońcem i zlana potem. Przed sobą spostrzegłam “klimatyzowane” i otwarte pomieszczenie, świątynne sanktuarium kapłańskie. Weszłam tam bez namysłu, żeby odetchnąć i w zupełnej ciemności i chodnej oazie, poczuć się prawie jak aztecka kapłanka. W małym zamkniętym pomieszczeniu na szczycie starożytnej piramidy, naładowałam akumulatory. Po zejściu czułam się doskonale, odświeżona i odmłodzona.
Oczywiście to czego doświadczyłam było zaledwie maleńkim fragmentem tego, po co wybierają się prawdziwi fani starożytnych kultur. Nie znalazłam ostatniej kryształowej czaszki, ani nie medytowałam pod szczytem, ani na szczycie piramid, nie snułam gawęd ze starożytnymi potomkami mieszkańców dawnej ameryki, ani nie odkryłam tajemnicy końca świata, ale przywiozłam sobie czaszkę z agatu i panią śmierć w słomianym kapeluszu i kilka innych kościotrupów z amuletem z lokalnego kasztanowca. Kościotrupki, chłopczyk i dziewczynka wiszą w kuchni, przyczepione na sznurkach pod olejną reprodukcją Fridy Kahlo i każdy kto mnie odwiedza, zadaje pytanie, czy wyznaję jakieś wudu, albo czy przez cały rok obchodzę Halloween. A obchodzę … ? Oczywiście, że nie. To tylko pamiątki.
LEGENDA
“Posłuchajcie…” – tak zaczyna się wiele opowiadanych z ogromną swadą legend pochodzących z Jukatanu. Można w nich usłyszeć o aluxes – duchach lasu, którym lepiej nie wchodzić w paradę, albo o xtabay – nadnaturalnych stworzeniach, które przyjmują często postać pięknej kobiety, by ukraść mężczyźnie duszę.
Ważną rolę odgrywają także szamani uzdrawiający chorych i celebrujący tajemnicze rytuały na polach i w wioskach. Wyśmiewani przez lekarzy akademickich uzdrowiciele wyrobili sobie jednak pewną pozycję. Meksykański system ubezpieczeń społecznych uznał tradycyjne metody leczenia i pozostawia pacjentom wolny wybór lekarza, u którego zamierzają się leczyć.
Sztuka curanderos (uzdrowicieli) jest głęboko zakorzeniona w kulturze Majów, którzy mimo przyjętego niegdyś katolicyzmu nadal wierzą w bogów i duchy, w jakie wierzyli ich przodkowie. W wielu wioskach Majów do dziś przetrwały pradawne rytuały, do dziś rozbrzmiewają tu także poetyckie modlitwy o deszcz i urodzaj, kapłani składają ofiary przy źródłach i w jaskiniach, aby przebłagać duchy błyskawicy i wiatru.
Nawet gdy pod koniec pory deszczowej rozpoczyna się karczowanie lasów w celu pozyskania nowych pól uprawnych, odbywa się ono przy wtórze licznych ceremonii połączonych ze składaniem bogom lasu w ofierze placków kukurydzianych, co ma na celu uzyskanie przyzwolenia na karczunek. Jeśli przypadkiem musi zostać ścięte duże lub stare drzewo, drwal musi najpierw poprosić duszę drzewa o wybaczenie. Podczas zbiorów, pierwsze plony poświęca się zawsze bogom lasu.
Jest to rodzaj podziękowania bogom za otrzymaną ziemię.
Matematyka Majów
Matematyka Majów zdecydowanie różni się od naszej; używali oni dziewiętnaście CYFR i zero. Jest to rodzaj matematyki kosmicznej.
Nasza cywilizacja posługuje się dziewięcioma cyframi i zerem 0), co oznacza, że nasza operatywna inteligencja zna tylko połowę tego systemu. Matematyka dwudziestkowa Majów ujmuje bardzo głęboką wiedzą kosmiczną, której nie uwzględnia „matematyka teleskopów itp. Pokazuje, jak wygląda odliczanie czasu u Majów przy wykorzystaniu 260 kinów (TZOLKIN).Majowie wykorzystywali dwie kluczowe liczby: 13 i 20. System trzynastkowy stanowił czynnik czasowy. Aby zrozumieć, czym jest czynnik czasowy, należy pojąć dynamikę TRZYNASTKI. Reprezentuje ona wielkość matematyczną, ujmującą jakość i ilość w procesie materialnego Stwarzania. „13” to perpetum mobile napędzające cały proces tworzenia, np. 13 dni, pory roku po 13 tygodni itd. Tak więc pewien magiczny zegar, który nie jest nam jeszcze dostępny, wyznacza rytm ewolucji według liczby 13. Siła napędowa ewolucji połączona jest bardzo silnie z cyfrą 13.
Druga ważna liczba u Majów to 20, czyli dziewiętnaście liczb i zero. 20 jest związana z prawa półkulą mózgu; symbolizuje ją 20 archetypów (20 pieczęci).
Liczby 13 i 20 mają ogromny wpływ naszą biologię, co zostało potwierdzone naukowo, np. nasze geny są dwudziestkowe (20 aminokwasów). Liczba 20 odgrywa też znaczącą rolę w budowie atomów.
(Johannem Kössner)
Śmierć w Meksyku, to kulturowa codzienność, nie można przejść obok obojętnie, jej szkielet od wysokości i postury normalnej kobiety po maleńkie kościotrupki dekorują wszystkie miejsca w Meksyku, przez calutki rok. Śmierć na plaży w restauracji, w klubie tanecznym, i w centrum handlowym. Śmiem twierdzić, że meksykańskie sombrero, tequila i kostucha w tym sombrerze z cygarem w dziurawej szczęce i tequilą w kościstej łapie jest jednym z najbardziej charakterystycznych symboli Meksyku.
Zapraszam do obejrzenia zdjęć, wysłuchania piosenki o miłości i nurkowania.
Wszechobecna Pani, coraz częściej nazywana “Świętą Śmiercią” do której modły zanosi coraz większa grupa Meksykanów. Na całym obszarze jest , istnieje obok przecudownego karaibskiego Raju, “śmierć” spotykamy wszędzie , w każdej kafejce, miejscu rozrywki, parku krajobrazowym, nad każdą kasą w której się płaci za luksusowe towary, skrycie wmanipulowana, prawie nie widoczna… zawsze pięknie wystrojona, czasem w postaci szkieletu w kapeluszu, albo z włosami na główce ( przesympatyczna). Takowych szkielecików przywiozłam kilka, na specjalne zamówienia
Trochę głupio się leciało ze świadomością kilku czaszek w bagażu podręcznym
Każdy z nas , ja i ty , jest poza cielesną powłoką – właśnie taki jak ta ” Pani” na zdjęciu- ziemska konstrukcja plus “ubranko”.

Piramida w Cobie, właśnie ta w okół której nie ma spędu turystów, zero tłoku można się poczuć jak archeolog odkrywca.
Meksyk to muzyka
Jest w niej klimat przejmującego romantycznego dramatyzmu, jak i energia gorącego meksykańskiego lata.
Posłuchajcie,
ileż w niej pasji i wewnętrznego przeżywania.
NURKOWANIE
Nigdy nie zapomnę bezinteresownego zaangażowania pewnego człowieka, który nauczył mnie pływania z nurkowaniem w jednej z najpiękniejszych zatok Hel-Ha na morzu karaibskim. Przemiły pan przywdział na tę okoliczność nawet chustę, zapewne żeby uniknąć udaru, ale dla mnie, był to widok jak z obrazka z napisem “niech ci w tym miejscu niczego do szczęścia nie brakuje, wszystko jest, pirat też, przystojny jak sam bóg”. – “Niech się pani nie martwi, że utonie, powiedział “pirat” jestem ratownikiem, nurkiem i marynarzem “. Ależ magia. Słowa jak zaklęcie, bez wahania rzuciłam się z nim w morskie otchłanie. A pod nami był zupełnie inny świat, woda z jej skarbami, ogromnymi tuńczykami i innymi pięknymi rybami.
Zanurzając się w nim totalnie, miałam odczucie powrotu do korzeni. Ciepłe morze obejmowało mnie niczym wody płodowe na chwilę przed urodzeniem. Cisza i mój rytmiczny spokojny oddech, świat pode mną, świat we mnie, dwie rzeczywistości połączone w jedną całość, idealna harmonia podwodnego wymiaru. Przez chwilę doświadczyłam czasu przed czasem. Przybierając pozycję ludzkiego embrionu powróciłam do niebycia nikim, poza samym istnieniem. Magiczne doświadczenie.
Dobry był to człowiek, ten polski pirat, “ktoś” po godzinach pracy. Ja opowiedziałam mu co czuję w sercu piramid, a on nauczył mnie widzieć, inaczej, pod wodą.
Zdobyta umiejętność nurkowania, pozostała we mnie już na zawsze gdy bez pirata i ratownika bez wahania wskakiwałam do innych morskich otchłani i oceanów.
Jukatan Meksyk
MEKSYK / PIRAMIDY / FILMListopadowe tęczowe zjawisko
Listopadowe tęczowe zjawisko / 2008 /
Koty, wakacyjne wspomnienie z Teneryfy
/ KRÓL LEW/ i inne koty / TENERYFA
I inne koty trzymane w niewoli, poza kotem domowym. Może czasem warto nie urodzić się na króla wtedy, być może nie do końca, ale zawsze w jakimś stopniu, pozostanie się bardziej wolnym — od głów ugrzywionych i koronowanych.
























































































































