Zakhyntos na plaży

/ZAKHYNTOS/ U Świętego Mikołaja

Kościółek pod wezwaniem świętego Mikołaja na wyspie Zakhyntos

Co prawda to nie było w grudniu i nie w Mikołajki, ale będąc na tej plaży w sierpniu czułam sprawę mikołajkowych prezentów, za zamkniętą. Pięknie było pobyć tam, na tej plaży, polenić się i wygrzać w greckim słońcu, to tak jakby w środku lata dostać prezent od Św. Mikołaja, nie jakieś tam “coś”, przedmiot, upominek, ale całe morze i plażę z kościołem. Nie można tego prezentu ze sobą zabrać, oczywiście, poza kilkoma zdjęciami na pamiątkę, ale można powspominać do samej starości, gdy smutno, gdy za oknem ziąb i mróz, w łóżku grypa, a w nosie katar.

Miałam przyjemność w tym roku pokąpać się w kilku innych pięknych morzach na świecie, ale woda w zatoce Św. Mikołaja urzekła mnie i stwierdzam, że jest wyjątkowa.

Zatoka oprócz walorów naturalnych, czyściusieńkiej wody, pięknej plaży, ma jeszcze jeden atut – sakralny. Zaraz nieopodal morza szmaragdowego, na skałach stoi kościółek pod wezwaniem patrona zatoki Św. Mikołaja.

Szczególnie więc polecam tę plażę ludziom głęboko wierzącym i praktykującym.

St. Nicholas, to, św. Mikołaj, w tym miejscu patrona wszystkich marynarzy.

To jedno z niewielu miejsc w którym można mieć przyjemność, zarówno skorzystania z bogactwa szmaragdowej i wręcz niebiańskiej aury oraz doznań religijnych. Widok kościółka wprost z plaży, czy z morza i dochodzące z niego modlitwy i śpiewy wiernych oraz głośno dzwoniące dzwony, są prawdziwie mistycznym przeżyciem.

Oczywiście mam tę świadomość, że w kościele prawosławnym adoracja i kult Św. Mikołaja są nieco inne niż obchodzenie naszego Mikołajowego święta z 6 grudnia. Tamten święty, nie jest postacią wymyśloną z bajki, nie ubierał się na czerwono jak krasnal, nie mieszkał na biegunie i nie latał z reniferami, ale był zwyczajnie, człowiekiem, jak i my, żył dobrze, umarł godnie, a za swoje bogobojne i cnotliwe życie został po śmierci uznanym za świętego.

Mikołaj był poważnym i dobrym biskupem, serdecznym człowiekiem, który nie jednego desperata uratował przed życiem w nędzy, albo staropanieństwem z braku posagu, czy morską katastrofą, bo jest Św. Mikołaj przede wszystkim w tej zatoce patronem marynarzy, nad którymi sprawuje pieczę i troszczy się o ich szczęśliwe powroty z morza do domu.

Piękna rozłożysta plaża, widok ze skarpy na której stoi kościół Św. Mikołaja

Tak czy inaczej, być na plaży św. Mikołaja to jak otrzymać prezent z nieba. Dlatego też sprawę tegorocznych Mikołajek, po wykąpaniu się w tym morzu i wygrzaniu na tej plaży uważałam za całkowicie zamkniętą.

Okres szkolny i Mikołajki, wspominam źle. Miałam w dzieciństwie jakiegoś dziwnego niefarta do wylosowanych na loterii prezentów. Rok w rok dostawało mi się coś tak nie ciekawego, jak książka o budowie kwiatostanu , albo układanka, ale taka dla chłopczyków, szaro-bury samochodzik z plastiku w wielkości 2 cm, który za nim go złożyłam do kupy rozpadł mi się w rękach.

I wszystkie Mikołajki, jak jedno wielkie “Nie kocham cię”, zawsze takie samo z prezentem z przeceny, aż zaczęłam podejrzewać, że albo Mikołaj mnie nie kocha tak jak innych dzieci, albo wcale go nie ma. Trudno nie być rozczarowaną gdy inni przytulają do siebie miękkie pluszaki a ty wciąż masz czytać, albo składać mikro-układankę.

Tak więc co roku spoglądałam podejrzliwie w niebo, wciąż z tym samym pytaniem; – Dlaczego ?

Jednak którejś zimy Mikołaj przypomniał sobie o mnie i szczodrze obdarował, za co mu jestem stokrotnie wdzięczna, bo przede wszystkim najbardziej na świecie kocham morza.

Bardzo stara oliwka, nieopodal zatoki Św. Mikołaja. Drzewa oliwkowe na wyspie Zakhyntos były wyjątkowo magiczne.

Wyspy Zielonego Przylądka

WYSPY ZIELONEGO PRZYLĄDKA /DUCH PUSTYNI / 2008/ Żeby doświadczyć pustyni wypadałoby się wybrać się do Egiptu, jak zrobił to Santiago z “Alchemika” Paula Coelho, ja jednak nie wybrałam sobie tej akurat pustyni egipskiej dla swego ducha, a raczej to mój duch jej sobie nie upodobał, chociaż tam byłam, na tej pustyni i fajkę wodną paliłam i na wielbłądku się przejechałam z dwa razy. Lecz pomimo to, że pustynia egipską była i magiczną, jak dla mnie nazbyt “jarmarczną” jej część zobaczyłam, żeby poczuć w niej ducha – ducha mej pustyni.

Urodzona Caboverdyjka, duch Afryki, życie we Francji, Madame Cesaria Evora.

Kocham jej głos i wykonania różnych starych klasycznych standardów, a i piosenki o Afryce, czy Brazylii mnie rozmarzają. Jest wprost idealnie brzmiąca, na długie zimowe i jesienne wieczory, gdzieś w romantycznej kafejce, może w Paryżu, a może w Poznaniu, albo, gdziekolwiek indziej, byle z nią i jej muzyką i z płomieniami świec w koło siebie, z dobrym winem na stole i nie banalnym towarzystwem u boku.

Cudowne i dzikie Salinas, wygasły krater wulkanu, po brzegi wypełniony kryształami soli. Fajnie było tak unosić się w słonej wodzi i robić sobie peeling solą z dna wulkanu.

A duch pustyni to taki stan w materii gdzie nic tylko cztery żywioły w okół ciebie tańczą, pod tobą nad tobą i przed tobą, żadnego człowieka jedynie kilometrami ciągnące się połacie piachu, nad głową rozgrzane słońce, najlepiej południowe i pod nogami sucha ziemia zapiaszczona gdzieniegdzie jakimś “zielem” urozmaicona, zawsze tym samym, zielem wytrwałym.

Ciąg dalszy