Wpisy, których autorem jest podróże&różne
Bajeczna Tajlandia
I ZNÓW SŁOŃ
?
A co na to dobrzy ludzie, co tak licznie przybyli na to widowisko ?
Oj Bardzo rożnie
Zobaczcie ba miny tych panów …

Ta pani przestrzegała nas przed czerwonym robactwem, a i tak mnie coś bardzo mocno ugryzło i to bardzo czerwonego.
Ależ to była frajda napatrzeć się do woli, naprzyglądać ludziom i zwierzakom.
Przez moment nawet przyszło mi do głowy że ludzie na widowni i ich reakcje są o wiele ciekawsze niż zmagające się z siłą grawitacji słonie chodzące na dwóch tylnych nogach.
Baśniowa Tajlandia, taka była piękna egzotyczna czasem niepokojąca i cudowna.
Świat jak z bajki, przynajmniej dla turysty, świat zdumiewający i tak odmienny od dobrze nam znanego w Europie, że człowiek ma wrażenie iż przeniósł się na inną planetę. Tamtejszy świat jest tak urozmaicony i niezwykły a jednocześnie tak ludzki jak mało gdzie.
Cudowne jedzenie, nigdzie nie jadłam tak pysznego rosołu z kalmarów ! I pewnie już nie zjem …
Co najbardziej podobało mi się w Azji ? W zasadzie nie miałam czasu żeby się zastanowić, po pierwszej wizycie w tym miejscu w zasadzie wszystko, oprócz zmuszania słoni żeby chodziły na dwóch nogach, wszechobecnego ulicznego smrodku, bardzo dziwacznych potraw, prostytucji i ludzi trzymający na uwięzi “jakieś” zwierzątka albo ptaszki w drewnianych klateczkach maleńkich , że ledwie się ten ptaszek nie udusił w oczekiwaniu na dolara za którego można było nie tylko zwrócić owemu zwierzątku wolność co jeszcze zyskać dobrą karmę, no i jeszcze ta straszna duchota i prawie non stop zachmurzone niebo.
Podobną zmorą co duszność, był tam wszechobecny bardzo pozorny bałagan. Żeby w Pattaya w sobotni wieczór przejść na drugą stronę ulicy, odstawałam przy krawężniku około 15 minut, albo i więcej.
Kogo to obchodziło że chciałam przejść? Absolutnie nikogo. Stałam tak zniecierpliwiona, ja po jednej stronie ulicy a mąż po drugiej próbując mnie skłonić do wejścia na ulicę. Próbowałam wpakować się na silę jak w Warszawie, ale to była porażka i tylko moje ryzyko – nikt absolutnie nigdy się nie zatrzymał widząc moją determinację, a co najwyżej przejechał po nogach. Natomiast co ciekawe przez cały ten czas nie dostrzegłam też pogotowia ratunkowego policji i wypadku. Niesamowite.
No właśnie ten pierdolnik i syf uliczny był pozorny, bardzo pozorny ( zupełnie na odwrót jak u nas) bo gdy się troszkę tam zadomowiłam z przerażeniem spostrzegłam, że to ja jestem nerwowa, rozbałaganiona i cały czas pobudzona do działania – spięta jak agrafka, nieprzytomna, a Tajlandczycy pod tym pozornym zamieszaniem ukrywają wręcz niesamowity jakiś wewnętrzny spokój i kompletny brak nerwowości oraz mimiki twarzy. Przez cały swój pobyt przebywając w bardzo różnych miejscach nie spotkałam nikogo kto by się irytował, gdzieś spieszył albo z kimś kłócił, co jest nie do pomyślenia nawet w moim bardzo spokojnym mieście.
Nigdy nie zgadłabym jak szybko po drodze napotkam grupkę buddyjskich mnichów.
Ledwie wysiadłam z samolotu w drodze do hotelu na małym przystaneczku na siusiu, poszłam nie gdzie indziej jak do męskiej toalety.
Co prawda mnisia grupa próbowała na migi i BARDZO SPOKOJNIE odwieść mnie od zamiaru wchodzenia dalej, żeby ostatecznie kompletnie mnie zignorować.
Tak więc grupę pomarańczowych mnichów spotkałam zaraz po przylocie w drodze do w męskiej toalety i pomyśleć, że zawsze gdy rozważałam możliwość takiego spotkania, przez myśl by mi nie przeszło, że będzie to spotkanie w męskiej toalecie.
W marzeniach i duchowych oczekiwaniach, była to pachnąca kadzidłami świątynia gdzieś na szczytach niedostępnych gór i jaskiń, albo ocieniona drzewami magiczna dolina – a tu masz babo publiczny wychodek. Powyżej na zdjęciu to oczywiście nie są mnisi z mojej “przygody” ( nie śmiałabym takim młodym mnichom robić zdjęć przed toaletą … nie, nie), a przed wejściem do jednej ze świątyń w Bangkoku
Powiem tylko, że byłam tak nieprzytomna i ani trochę nie czułam się rozczarowana, a ta toaleta tylko nazywała się TOALETĄ i zdecydowanie nie pachniała kadzidłami
, A już do niej trafić było dla mnie wyższą szkołą jazdy, zdecydowanie nie po kilkunastu godzinach w samolocie i z -25 w Polsce na + 35 tam.
Czułam się jakbym mnie wysadzili na Marsie.
Przyznam szczerze. Ten ich spokój i brak emocjonalnych reakcji trochę mnie irytował, a zwłaszcza w ostatni dzień w który jakieś złe licho kazało mi położyć prawą rękę akurat tam gdzie siedział sobie jakiś dziwny czerwony i co normalne egzotyczny niezidentyfikowany pajączek, około centymetrowej średnicy. Tak mi się przypiął do ręki na poziomie kciuka i tak mocno mnie ugryzł, iż myślałam, że z bólu oszaleję ( na szczęście co odkryłam dopiero w domu nie był jadowity i nie śmiertelny).
Wpadłam w prawdziwy obłęd i panikę, ratowałam się o wiele lepiej niżbym kiedykolwiek przypuszczała, że potrafię. Na początek omal nie odgryzłam sobie kawałka ciała wysysając to co wpuścił mi do środka obrzydliwy czerwony robal, potem zawiązałam ugryzioną dłoń, na poziomie przegubu, następnie włożyłam rękę do lodówki hotelowego zamrażalnika , a potem pobiegłam na miasto szukać pomocy.
To nic, że było aż 40-45 stopni w słońcu i że po drodze śmierdziały grzały przydrożne grille.- i kopciły samochody. Nikt w żadnej aptece ani zielarni w ogóle się mną nie przejął , a spotykałam się wyłącznie z wyrozumiałym spokojem i jakąś tam oferowaną maścią na ugryzienia oraz tabletkami hydroxizinum na uspokojenie i wręcz nienaturalnym kamiennym spokojem buddy na twarzy ( bez uśmiechu, co mnie niepokoiło).
Pomyślałam, że to chyba nie są ludzie, tacy jak ja czy Ty. Nic dziwnego, że uważa się Chińczyków za potomków kosmitów i najstarszą rasę ludzi na świecie ( nie wiem tego na pewno) , a Tajowie zdecydowanie przywędrowali z południowych Chin i pochodzą właśnie od Chińczyków.
Ich oczy przemawiały w zrozumiałym dla mnie, duchowym dialekcie i brzmiały jak szyderstwo losu;
- No cóż moja droga, jeśli taka twoja karma, to umrzesz, ale nie przejmuj się, przecież umrze tylko twoje ciało nie Ty !
Nie będę ukrywać, Tajlandia zrobiła na mnie ogromne i niepowtarzalne wrażenie, będę tęsknić za tymi klimatami, zupą z kalmarów, tym całym ich bałaganem i miastem ożywającym nocą, domkami duchów i pomnikami Brahmy i Buddy i już do końca swoich dni będę o niej marzyć, chyba, że uda mi się jeszcze raz złamać wszystkie swoje strachy i samolotowe lęki i odłożyć trochę kasy, nie na czarną godzinę jak się zwykło robić i najrozsądniej, tylko oszaleję raz jeszcze i polecę bez wahania, aż na koniec świata. Ale kto wie co zrobię ? Świat jest zdecydowanie za duży żeby go obrobić na szybko w jedno życie. Czy nie pora mi teraz wybrać się do Indii, do których tak mocno i przekonywująco zachęcają mnie słowa Tiziano Terzaniego z książki o pięknym tytule; “Nic nie zdarza się przypadkiem” ( kocham tego faceta i jego dzielnego i mądrego ducha) i dodam, że tak trochę dzięki niemu odważyłam się polecieć aż do Azji, zdecydowanie pod wpływem jego duchowej sugestii.
Alcazar Show
ALCAZAR SHOW/ PATTAYA/ Tych Dwoje jednym ciałem się stało,
i zamieszkało w Pattaya
Jedyne tak liczne show na świecie
Składające się z aktorów transwestytów.
Show Alcazar
kliknij w zdjęcie i zobacz więcej
Zobacz Więcej >>>
Czy pilot aby dobrze się dziś czuje ?
W świetle ostatniego dramatu mój post i moje odczucia z lotów samolotami, nie wydają mi się już takie infantylne i głupie.
Podobne lęki ma więcej osób tylko się do tego nie przyznają, ba takie koszmary, naprawdę się zdarzają i to bez względu na osobę, los, nie oszczędza nikogo, od prezydenta i generała sił powietrznych, po szarego obywatela … Czy to los, fatum, wina człowieka, czy co innego ?
Gdy jestem w samolocie zawsze odczuwam stres współpasażerów i ich siłą tłumione lęki.
Tajlandki i turyści
W Tajskich kobietach zamieszkuje wyjątkowa dusza
Tajlandki są przepięknymi kobietami, a oprócz urody mają w sobie coś tak urzekającego od wewnątrz, że nie można im się oprzeć. Jeśli jakiemuś mężczyźnie z zachodu uda się posiąść ciało tajskiej dziewczyny, to wyłącznie ciało, nigdy nie zdobędzie jej całej, choćby i “kupił” ją sobie na własność. Mentalność Tajów, ich moralność polega na nie przywiązywaniu większej wagi do spraw cielesności, ich moralność ma niewiele wspólnego z naszą europejską, a już na pewno nie katolicką. Miłość według Tajów, to nie ciało, ono, nie jest miłością, jedynie narzędziem potrzebnym do życia, miłość może chwilowo być w ciele, jak dusza w nim jest, ale nie jest z nim tożsama. Jeśli twoje wnętrze i dusza nie kocha innego, nigdy nie dopuszczasz się zdrady.
Ciało, to seks, prokreacja i karmienie zmysłów, pojazd przez życie. Dusza jest wieczna i miłość również , obie są ponad cielesnością, nie do zdobycia. Dlatego można posiąść tajską dziewczynę i nasycić nią zmysły i pożądania, nigdy zaś nie można posiąść jej w całości. Tajskie kobiety mają klasę o jakiej jedynie mogą pomarzyć kobiety z innych części świata.
Rzadkością jest usłyszeć żeby ktoś mówił o tajskich kobietach, jako o dziwkach, nikt ich tak nie nazywa, poza swojskim “Tajka” , a dlaczego ? Bo tajskie dziewczęta nie są dziwkami, pomimo, że handlują bez skrępowania swymi wdziękami, ku uciesze mężczyzn z zachodu, tracących dla nich nie tylko głowy, ale i często dorobek życia. A jeśli nie dorobek życia, to przynajmniej sporo kasy z karty kredytowej, gdy na przykład okaże się, że dziewczyna tylko wyglądała na pełnoletnia, a zdarza się to dosyć często, gdyż prawie wszystkie Tajki z wyglądu sa dziewczynkami
Czy te naczynia nie mają z nami ludźmi, coś wspólnego ? Gliniane twarze na których malują się zupełnie ludzkie nastroje.
Tajlandia to kraj po brzegi wypełniony symboliką, nie sposób jej przegapić i przejść obojętnie, z niczym nie skojarzyć …
Gliniane głowy w ogrodzie
Wiara w duchy. Tam gdzie ludzie i duchy wspólnie mieszkają
Jak to z tymi duchami jest ? Wierzyć w nie czy nie wierzyć? A może to zależy od tej części świata w której przyszło nam się urodzić i wychować, a potem żyć i nabrać przekonań ? A Być może w naszym zachodnim klimacie ulegamy bardziej destruktywnemu wpływowi od bytów niematerialnych, niż mieszkańcy np. Tajlandii ? Ciekawe jak za 100 lat wypowie się na ten temat nauka? Ale to innym razem. Teraz jedynie obserwacja tego co jest i moje prywatne domowe eksperymenty z domkiem duchów, muszą mi wystarczyć.
Moja córka pochwaliła się w szkole że była mieście duchów, dzieciaki aż zaniemówiły z wrażenia. – Gdzie byłaś, a nie wróciłaś opętana przez złego ducha?
Oczywiście Pattaya to nie miasto duchów, a wręcz przeciwnie tętni w nim życie, to jednak nie sposób ominąć tej jego części, która ludziom wychowywanym w wierze chrześcijańskiej na pewno skojarzy się z czymś takim jak pogaństwo, albo wręcz szataństwo.
Chodzi o to, że w Tajlandii wierzy się w dobre i złe duchy tak jak w naszej kulturze w zastępy beatyfikowanych świętych. W każdym miejscu na ulicy w sklepie czy w urzędzie jest miejsce, na coś, co nazywa się tam domkiem dla duchów. Tajowie na bardzo poważnie i z szacunkiem traktują te duchowe miejsca.
Ten hotelowy domek, kącik dla duchów, był nadzwyczaj eklektyczny, stała w nim i choinka.

-
Domek duchów w hotelu Empress w Kambodży, w tym przypadku jest eklektycznie, w tym domku ustawiono nawet choinkę
Kiedy zaraz na początku naszej wizyty w Pattaya udaliśmy się do lokalnego fotografa żeby zrobić zdjęcia do kambodżańskiej wizy, zaskoczyła nas pewna scena. Kiedy my grzecznie czekaliśmy na sklepowych krzesełkach, aż nasze zdjęcia się zrobią , z zaplecza wyszła młoda dziewczyna ze stołkiem w ręku i podeszła do czegoś w rodzaju kilkupoziomowego ołtarzyka z rożnymi figurkami, zdjęciami i jedzeniem, po czym zabrała stamtąd szklankę z wodą i talerzyki z owocami, a na ich miejsce przyniosła nowe. Mąż spojrzał się na mnie i dodał. – No co się dziwisz ? To tak jak Ty zmieniasz kanarkowi wodę, ona duchowi.
Duchy też jedzą, jak je nakarmisz do syta, nie zjedzą ciebie
Na mieście co parę kroków można napotkać takie domostwo, stoją przy restauracjach , przyozdobione kwiatami, figurkami z buddy, albo innego bóstwa. Duchy w Tajlandii karmi się tym co i ludzi, a więc w ich domkach nie może zabraknąć jedzenia i picia, najczęściej podaje się duchom owoce i różne napoje, czasem nawet ze słomką, od zwykłej czystej wody, po napoje gazowane i piwo. Pod naszym hotelem stał domek z wizerunkiem złotego Brahmy, bóstwa z czterema twarzami. Gdy wracałam do hotelu zawsze go mijałam i miałam wrażenie, że z każdego miejsca spogląda na mnie jedną ze swoich twarzy.
Słoń, seks, duchy, Budda i kwitnące orchidee są symbolami Tajlandii
Do Tajlandii pojechałam z rodziną, mąż, ja i jedenastoletnia córka. Najważniejsze dla nas w Tajlandii były oczywiście słonie, przejażdżka w dżungli, obmacywanie bosymi stopami ich grzbietu pokrytego klującymi krótkimi włoskami, karmienie bananami, podziwianie ich przyjaznej natury i niesamowitych oczu z rzęsami.
Warszawa – Amsterdam-Bangkok- Pattaya do Tajlandii
Siedzą i do siedzenia cierpliwego zachęcają. Czekać, czekać …

Podróż z Warszawy do Amsterdamu trwała dwie godziny, był to mój przystanek tranzytowy z którego czekało mnie następne 12 godzin lotu w kierunku wschodzącego słońca. Ostatni raz gdy byłam na tym lotnisku w Amsterdamie w drodze do Meksyku, chyba nie było jeszcze tej pomalowanej holenderskiej krowy ? Albo jej wtedy w stresie, nie zauważyłam ?
Moje Ja w szybie przypatruje się “przeznaczeniu”

Nigeria Port Harcourt
NIGERIA/ PORT HARCOURT / 2010 / Była to wyprawa wyłącznie służbowa. Port Harcourt w Nigerii, poza hotelem ogrodzonym jak bunkier z grubym betonowym murem i ponad metrowym drutem kolczastym nie za bardzo nadaje się na wczasy, a przy każdym wyjeździe naszej grupie towarzyszyła policyjna eskorta.
Zdjęcia poniżej są zaledwie fragmentem czegoś, co pewnie rozciąga się wzdłuż i wrzesz tego portowego miasta, biedy z nędzą i brudem, która przytłoczy każdego przybysza. Zdjęcia nie są najlepszej jakości, były robione przez szybę jadącego samochodu. Beztroski spacer to raczej totalna niemożliwość i prawie stuprocentowa pewność stania się ofiarą napadu i rabunku.
Przed wyjazdem zastanawiało mnie, czemu w internecie jest tak mało informacji na temat tego miasta? Teraz dla innych śmiałków wybierających się w podróż, choćby i tylko służbową, zdecydowanie więcej zdjęć, z tego nie pięknego miasta. Pomimo bliskości oceanu i pięknej upalnej pogody, natura, jedynie w cieniu przyhotelowych ogrodów i basenu z ciepłą błękitną wodą. Oczywiście przed wyjazdem do Nigerii, czeka nas cała seria szczepień i przez cały okres przebywania, spożywanie tabletek anty malarycznych.
W Port Harcourt Nigeria
Alcazar show Pattaya. Tajlandia
FILM/ ALCAZAR SHOW/ Wyglądali jak duet dwóch oddzielnych osób, kobiety -dziewczyny w sukience i mężczyzny – chłopca we fraku. Kiedy Ona jemu śpiewała, on ukrywał się w cieniu za kurtyną, a kiedy jej kobieca połowa wkraczała na scenę, on rozpływał się gdzieś w mroku, żeby po jakimś czasie rozwiać złudzenia widowni, co do ich wzajemnej oddzielności, ale nie odrębności . Jedno ciało, jedna osoba i dwie przeciwstawne natury.
Taniec człowieka z samym sobą i swoją podwójną naturą. Kobieta i mężczyzna jedno stanowili ciało, przynajmniej w wydaniu grupy tanecznej Alcazar.
Show transwestytów budziło w widzach na widowni lekkie zażenowanie, chociaż nie było ku temu powodów poza wyobraźnią oczywiście i ewentualnie końcowym toples tancerzy wymalowanych na srebrno i złoto do muzyki z filmu J. Bond ; Jutro nie nadejdzie nigdy”. W tej scenie panowie ( panie?) pokazały odkryte jędrne biusty ( niektóre silikonowe).
Skupienie widzów było maksymalne, aparaty fotograficzne i kamery wystawały za każdej głowy. A na scenie show roztańczonych pięknych artystów w kolorowych błyszczących strojach z mocnym makijażem. – Popatrz widzu tak wygląda transwestyta jak idealna piękna kobieta, a ty pewnie przez cały czas zastanawiasz się gdzie ono w tych skąpych majtkach ukryło “ptaka”?
Po skończonym spektaklu oklaski były jakieś cieniuchne i nijakie, choć artyści zaprezentowali maksymalnie dobry poziom i zasługiwali nie tylko na oklaski, ale i na burzę braw ! Tajemnica tkwiła chyba w narodowości zasiadających na widowni. Większość tancerzy w Show Alcazar jest pochodzenia Rosyjskiego z tego też powodu ( jak mniemam) doceniono licznie przybyłą na przedstawienie grupę rodaków z Rosji i ostatni popisowy numer wykonano w języku i w strojach ludowych matki Rosji. Pierwsza reakcja? Totalne zaskoczenie. Przyjechać do Tajlandii i oglądać na scenie kreml i kolorową rażącą po oczach szopkę z Moskwą, to dopiero przeżycie. Druga reakcja, Rosjanie w pierwszej chwili zareagowali na to wyróżnienie z entuzjazmem, żeby po chwili zgasnąć jak świeczki na wietrze, chyba jednak po drodze coś do nich dotarło i z wrażenia nie wiedzieli czy się czuć zaszczyconymi czy obrażonymi. Pewnie dlatego końcowe oklaski były tak mizerne, jakby z połowa sali wyszła przed końcem przedstawienia (nie wyszła), aż mi się żal zrobiło pięknych “panien” .
Po skończonym spektaklu “tancerki” oczekiwały na co odważniejszych i ciekawskich turystów, wyciągając w ich stronę ponętnie ręce i z całej siły kusząc jędrną odkrytą piersią; – Choć, wezmę cię w ramiona, a sam-a sprawdzisz jaki jestem piękny z bliska.
Ale nie było zbyt wielu chętnych. Nasi wschodni sąsiedzi tak jak licznie przybyli, tak i szybko się zmyli, a to oni stanowili większą cześć widowni. Reszta przeważnie Niemcy, Francuzi i Amerykanie chętnie dali się uwieść tej chwili dla zdjęcia, omalże się przy tym nie nie kurcząc w objęciach wielgaśnych i bardzo czułych kobiecych panów. I ja dałam się ponieść upalnej nocy i wolnemu tajskiemu duchowi i przytulic do prawie obnażonych “kobiecych” wdzięków i też się trochę “skurczyłam”, ale zrobiłam i mężowi też pozwoliłam i po tym eksperymencie z całą stanowczością stwierdzam, że zdecydowanie to nie były kobiety.
A tu znajdziecie opinie innych : Długie włosy, wcięte talie, smukłe nogi i jędrne piersi. Kształtów tancerek kabaretu “Alcazar Show” nie powstydziłyby się najlepsze paryskie sceny. Jest jednak pewien drobny szczegół, który sprawia, że te aktorki są wyjątkowe. Szczegół anatomiczny (a właściwie już tylko jego pozostałość…). Bo te piękne tancerki jeszcze niedawno były mężczyznami.
Piękne tancerki po spektaklu wychodzą przed budynek teatru żeby pozować do zdjęć z wciąż oszołomionymi turystami. Zdradzają je jedynie zbyt duże, nieproporcjonalne stopy i… głos. Mimo kuracji hormonalnych wciąż niski i zbyt męski, by pasował do porcelanowych twarzyczek. Kiedy więc aktorki pozdrawiają nas swoim tubalnym głosem (w spektaklu śpiewają z play backu) czar pryska
( fragment ze strony FlashFashion.pl)
The End
Wyspa La Gomera
Na wyspie /LA GOMERA/ nie wybudowano zbyt wielu hoteli. Właśnie w obrębie tej wyspy, Hiszpania zakazała rozbudowy bazy turystycznej. Co w efekcie spowodowało, że na wyspie jest dziko i spokojnie i mało tu hotelowego zgiełku i wielkich luksusowych promenad jak na pobliskiej Teneryfie.
PRAWDZIWA MAGIA
Dzięki temu La Gomera zachowała klimat dziewiczego zakątka i magicznej krainy. Na wyspie szamani, uzdrowiciele i czarownice to bardzo szanowana grupa społeczna, wierząca w siłę magii i ukrytą stronę ziemskiej rzeczywistości.
“Podróżując po wyspie, nie można ominąć La Laguna Grande. Według podań i legend odbywały się tu zloty czarownic, szczególnie wtedy gdy mgła uniemożliwiała mieszkańcom poruszanie się po wyspie. Prowadzi stąd pieszy szlak w głąb trzeciorzędowego lasu, jednego z najstarszych terenów leśnych na ziemi, którego nie objęło ostatnie zlodowacenie. W rezerwacie rosną wawrzyny, laury, wierzby kanaryjskie. Można spacerować mroczną ścieżką wytyczoną przez Guanczów. Na liściach, korze drzew i kwiatach drżą duże krople wody – to tzw. poziomy deszcz. Zderzające się ze sobą masy powietrza powodują mgłę, która skrapla się na roślinach i spływa po nich na ziemię, stąd tak duża wilgoć. Po obu stronach ścieżki dywan kwiatów i mchów, powietrze wyjątkowo rześkie.” (fragment link)
Klimat na wyspie tchnie dziwnym tajemnym spokojem, jej mieszkańcy są wobec obcych przybyszów, uprzejmi lecz zdystansowani. Jedną z form zwiedzenia jest objechanie przepięknego wybrzeża i magicznego wnętrza wyspy w autokarze należącym do miejscowego gospodarza, albo pobyt w jednym z niewielu hoteli i kontemplacja urokliwego środowiska.
Krzysztof Kolumb
W drodze autokar zatrzymuje się w kilku ciekawszych miejscach i na posiłek, oraz w stolicy San Sebastian do której w 1492r w drodze do Indii (wtedy odkrył Amerykę) przybył Krzysztof Kolumb, aby uzupełnić zapasy wody z miejscowej studni ( jedna z atrakcji turystycznych). Według opowieści( legendy) na tej wyspie, zakochał się i przeżył swoje pierwsze miłosne uniesienie, niestety ukochana źle znosiła zbyt długie rozłąki i oczekiwania na ukochanego, więc wyszła za innego mężczyznę, ówczesnego właściciela La Gomery. Ponoć Kolumb nigdy sobie tego nie darował i więcej się tak nie rozkochał.

Na La Gomerze poza jej naturalnym urokiem, nie ma zbyt wielu turystycznych atrakcji.
Atlantydzi ?
Rdzenni mieszkańcy prawdziwie fascynują, klimat wyspy również. Podobno pochodzą od starodawnego i legendarnego ludu Guanczów, który uważa się za potomków zaginionej Atlantydy.
Opowieść mówi, że gdy do brzegów wyspy dotarli pierwsi Hiszpanie konkwistadorzy, nie mogli uwierzyć w to co widzą. Na powitanie wyszli do nich ludzie o zupełnie jasnej karnacji , blondyni o błękitnych oczach, oświadczając że ich pradziadowie utknęli na wyspie dawno temu unikając ogromnej katastrofy, wywołanej nagłym i bardzo silnym trzęsieniem ziemi.
Ratując się ucieczką szukali schronienia w najwyżej położonych rejonach ówczesnego kontynentu. Niestety hiszpańscy łupieżcy najmniej nadawali się na wybawców. Ich szeregi stanowiły głównie zabijaki, szukające w podbojach bogactwa i sławy.
Obecnie, rdzenni mieszkańcy Teneryfy ( jest ich niewielu) nadal zamieszkują jaskinie ukryte w zboczach gór, z dala od wścibskich oczu, często z doprowadzoną do ich wnętrza elektrycznością.
Zadziwiające stare mapy
Natomiast zachowały się mapy żeglarskie, jakie wówczas Hiszpanie wywieźli z wyspy. Współcześni historycy próbujący rozwikłać zagadkę zaginionego kontynentu, głowią się w jaki sposób Guanczowie weszli w posiadanie map na których dokładnie wymalowano jeszcze nie odkryte ( XV w ) kontynenty obu Ameryk i Antarktydy.
Z całą pewnością mapy te są oryginalne, ale puki co rewelacyjne odkrycia, (jak zresztą wiele innych) nie pasujące do niczego, odkłada się do szuflady, na potem.
Nikt ponad wszelką wątpliwość nie dowiódł że mieszkańcy La Gomery którzy uważają się za Atlantów, są nimi rzeczywiście. Na co dzień podporządkowali się Hiszpanii, uznali język hiszpański za oficjalny, ale posługują się nim, ze specyficznym miejscowym akcentem, zniekształcając go nie do rozpoznania.

LaGomeryjczycy
LaGomeryjczycy nie czują się Hiszpanami, a nawet traktują taką identyfikację jak obelgę, nie zawierają między sobą małżeństw i, kontaktują się wyłącznie w sprawach formalnych, na co dzień izolują się.
Mówi się że czarami i zabiegami magicznymi wymusili dla siebie “autonomię” , dlatego są u siebie i czują się jak dawniej. Nie ma tutaj zachodnich kapitałów, wielkiej turystyki, a wyspa uznana została za skansen przyrody i jest chroniona hiszpańskim prawem ( może coś w tym jest).
GWIZDANY
Oryginalnym językiem porozumiewawczym jest na wyspie język gwizdany, do dziś popularny i bardzo praktyczny. Ogromne przestrzenie, górskie przełęcze nie stanowią bariery dla tego rodzaju komunikacji, po co krzyczeć albo wspinać się do sąsiedniego domu na szczycie trudno dostępnego wzgórza, jak można powiedzieć, co się chce, po prostu gwiżdżąc. Gwizd rozchodzi się szybko i bez problemów na wielkich przestrzeniach.

Współczesną konkurencją dla języka gwizdanego, mógłby zostać telefon komórkowy, ale puki co wysokie masywy górskie zakłócają zasięg komórki. Dzieci na La Gomerze uczą się języka gwizdanego obowiązkowo w szkołach, jak my polskiego.. Na promie który kursuje pomiędzy wyspą Teneryfą i La Gomerą komunikaty odczytywane są w trzech językach; hiszpańskim, angielskim i gwizdanym. Co znaczy, że pasażer – turysta zamiast słów przez kilka minut słyszy niezrozumiałe dla siebie gwizdanie. Poniżej krótki filmik, który przywiozłam ze sobą z letniego pobytu na wyspie. Rodowity Lagomerczyk podczas naszego obiadu pokazuje jak to robi.
GWIZDANY NA FILMIE
Riwiera Maya. Meksyk i Cancun
To To był po prostu Meksyk
Meksyk był jedną z najfajniejszych i najradośniejszych moich podróży, to właśnie do Meksyku odważyłam się polecieć po raz pierwszy w życiu. To coś znaczyło. Dziś podziwiam siebie za odwagę, a może za głupotę, ale czy nie jest tak jak powiedział Kapelusznik w nowej Alicji, “że tylko wariaci są coś warci”. Świat niczym nagroda w konkursie “dla wytrwałych” po latach uwięzienia w jednej rzeczywistości podróżowania, pociągiem, samochodem, rowerem, mój pierwszy daleki lot, właśnie do Meksyku.
Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że Karaiby są jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Półwysep Jukatan ma do zaoferowania bardzo wiele atrakcji, po wylądowaniu, na lotnisku w Cancun przywitał nas zupełnie “nowy świat”. Poza klimatyzowaną halą lotniska było niezwykle parno i gorąco. Akurat wylądowaliśmy gdy padał deszcz, wilgotność była niesamowita, mój pierwszy oddech poza lotniskiem był szokiem. Nie ma tlenu, pomyślałam. Było mi duszno łapałam powietrze jak ryba, gdy pierwszego wieczoru poszłam coś zjeść i na parasol nad stolikiem lunął prawdziwie ulewny deszcz, ogarnął mnie lęk, byłam bliska zasłabnięcia. Uduszę się nie dam rady, pewnie cały pobyt przesiedzę w klimatyzowanym pokoju, tak wtedy pomyślałam. Na szczęście tak nie było i pierwszy klimatyczny szok minął szybko po pierwszej normalnie przespanej nocy, potem już do końca czułam się jak w raju.
Wielkie ptaki, niesamowicie błękitne morze, tajemnicze ruiny majów i Azteków. Możliwość dotknięcia dawno zaginionego czasu, wdrapania się na archaiczne ruiny majańskich świątyń i do tego, niesamowicie sympatyczni faceci. Każda kobieta wsiadająca i wysiadająca z meksykańskiej taksówki, na pewno poczuje się jak dama. Nie zdarzyło się żebym, choć raz sama musiała otwierać i zamykać sobie drzwi jakiegokolwiek samochodu . Cała aura która otaczała mnie w tamtym okresie, była niezwykła, ludzie których spotkałam w Meksyku byli niezwykli i niezwykle starannie zadbali o moje szczęście.
Jeśli miałabym coś rzec, o magicznych świętych ruinach, to tylko tyle, że jak dla mnie, nie były one najmagiczniejsze na Jukatanie, ale właśnie te ryby, szmaragdowe morza, ludzie i przyroda – krokodyle w podmokłym bajorze, gadające Gwarki, kąpiel z delfinami i rekinem w basenie.
Nie jestem archeologiem, ani tym bardziej nie należę do ekipy łowcy skarbów w stylu poszukiwacze zaginionej arki itp. dlatego dla mnie wycieczka do kompleksu piramid była jedynie “lekcją historii” o kulturze Majów i Azteków, oraz setce hipotez,, co się stało z jej twórcami ? A było tychże kilkanaście, od naukowych, po niesamowite, a i ja mam swoją własną. Przechadzałam się więc i robiłam zdjęcia, różnym rozpadającym się płaskorzeźbom, gwiezdnym jeźdźcom, schodzącym z nieba bogom i rytualnym scenom, uruchamiałam wyobraźnię, wysilając szare komórki, dotykałam murów, żeby lepiej poczuć ich energię i poczułam, zmęczenie upałem.
Było jednak miejsce w centrum archeologicznym w Cobie, z bardzo wysoką piramidą, i tam poczułam się inaczej. Zero zgiełku, turystów, wręcz pusto i dziko, wszystkie szczątki zabudowań świątynnych wyłaniały się z gęsto rosnącego lasu tropikalnego i tam, spacerując w zupełnej samotności, poczułam magię. Wdrapałam się na czworaka na praktycznie niemożliwą do zdobycia, zrujnowaną, poharataną i prawie pionowo stojącą piramidę. Stanęłam na jej szczycie wyczerpana, na trzęsących nogach, oświecona południowym słońcem i zlana potem. Przed sobą spostrzegłam “klimatyzowane” i otwarte pomieszczenie, świątynne sanktuarium kapłańskie. Weszłam tam bez namysłu, żeby odetchnąć i w zupełnej ciemności i chodnej oazie, poczuć się prawie jak aztecka kapłanka. W małym zamkniętym pomieszczeniu na szczycie starożytnej piramidy, naładowałam akumulatory. Po zejściu czułam się doskonale, odświeżona i odmłodzona.
Oczywiście to czego doświadczyłam było zaledwie maleńkim fragmentem tego, po co wybierają się prawdziwi fani starożytnych kultur. Nie znalazłam ostatniej kryształowej czaszki, ani nie medytowałam pod szczytem, ani na szczycie piramid, nie snułam gawęd ze starożytnymi potomkami mieszkańców dawnej ameryki, ani nie odkryłam tajemnicy końca świata, ale przywiozłam sobie czaszkę z agatu i panią śmierć w słomianym kapeluszu i kilka innych kościotrupów z amuletem z lokalnego kasztanowca. Kościotrupki, chłopczyk i dziewczynka wiszą w kuchni, przyczepione na sznurkach pod olejną reprodukcją Fridy Kahlo i każdy kto mnie odwiedza, zadaje pytanie, czy wyznaję jakieś wudu, albo czy przez cały rok obchodzę Halloween. A obchodzę … ? Oczywiście, że nie. To tylko pamiątki.
LEGENDA
“Posłuchajcie…” – tak zaczyna się wiele opowiadanych z ogromną swadą legend pochodzących z Jukatanu. Można w nich usłyszeć o aluxes – duchach lasu, którym lepiej nie wchodzić w paradę, albo o xtabay – nadnaturalnych stworzeniach, które przyjmują często postać pięknej kobiety, by ukraść mężczyźnie duszę.
Ważną rolę odgrywają także szamani uzdrawiający chorych i celebrujący tajemnicze rytuały na polach i w wioskach. Wyśmiewani przez lekarzy akademickich uzdrowiciele wyrobili sobie jednak pewną pozycję. Meksykański system ubezpieczeń społecznych uznał tradycyjne metody leczenia i pozostawia pacjentom wolny wybór lekarza, u którego zamierzają się leczyć.
Sztuka curanderos (uzdrowicieli) jest głęboko zakorzeniona w kulturze Majów, którzy mimo przyjętego niegdyś katolicyzmu nadal wierzą w bogów i duchy, w jakie wierzyli ich przodkowie. W wielu wioskach Majów do dziś przetrwały pradawne rytuały, do dziś rozbrzmiewają tu także poetyckie modlitwy o deszcz i urodzaj, kapłani składają ofiary przy źródłach i w jaskiniach, aby przebłagać duchy błyskawicy i wiatru.
Nawet gdy pod koniec pory deszczowej rozpoczyna się karczowanie lasów w celu pozyskania nowych pól uprawnych, odbywa się ono przy wtórze licznych ceremonii połączonych ze składaniem bogom lasu w ofierze placków kukurydzianych, co ma na celu uzyskanie przyzwolenia na karczunek. Jeśli przypadkiem musi zostać ścięte duże lub stare drzewo, drwal musi najpierw poprosić duszę drzewa o wybaczenie. Podczas zbiorów, pierwsze plony poświęca się zawsze bogom lasu.
Jest to rodzaj podziękowania bogom za otrzymaną ziemię.
Matematyka Majów
Matematyka Majów zdecydowanie różni się od naszej; używali oni dziewiętnaście CYFR i zero. Jest to rodzaj matematyki kosmicznej.
Nasza cywilizacja posługuje się dziewięcioma cyframi i zerem 0), co oznacza, że nasza operatywna inteligencja zna tylko połowę tego systemu. Matematyka dwudziestkowa Majów ujmuje bardzo głęboką wiedzą kosmiczną, której nie uwzględnia „matematyka teleskopów itp. Pokazuje, jak wygląda odliczanie czasu u Majów przy wykorzystaniu 260 kinów (TZOLKIN).Majowie wykorzystywali dwie kluczowe liczby: 13 i 20. System trzynastkowy stanowił czynnik czasowy. Aby zrozumieć, czym jest czynnik czasowy, należy pojąć dynamikę TRZYNASTKI. Reprezentuje ona wielkość matematyczną, ujmującą jakość i ilość w procesie materialnego Stwarzania. „13” to perpetum mobile napędzające cały proces tworzenia, np. 13 dni, pory roku po 13 tygodni itd. Tak więc pewien magiczny zegar, który nie jest nam jeszcze dostępny, wyznacza rytm ewolucji według liczby 13. Siła napędowa ewolucji połączona jest bardzo silnie z cyfrą 13.
Druga ważna liczba u Majów to 20, czyli dziewiętnaście liczb i zero. 20 jest związana z prawa półkulą mózgu; symbolizuje ją 20 archetypów (20 pieczęci).
Liczby 13 i 20 mają ogromny wpływ naszą biologię, co zostało potwierdzone naukowo, np. nasze geny są dwudziestkowe (20 aminokwasów). Liczba 20 odgrywa też znaczącą rolę w budowie atomów.
(Johannem Kössner)
Śmierć w Meksyku, to kulturowa codzienność, nie można przejść obok obojętnie, jej szkielet od wysokości i postury normalnej kobiety po maleńkie kościotrupki dekorują wszystkie miejsca w Meksyku, przez calutki rok. Śmierć na plaży w restauracji, w klubie tanecznym, i w centrum handlowym. Śmiem twierdzić, że meksykańskie sombrero, tequila i kostucha w tym sombrerze z cygarem w dziurawej szczęce i tequilą w kościstej łapie jest jednym z najbardziej charakterystycznych symboli Meksyku.
Zapraszam do obejrzenia zdjęć, wysłuchania piosenki o miłości i nurkowania.
Wszechobecna Pani, coraz częściej nazywana “Świętą Śmiercią” do której modły zanosi coraz większa grupa Meksykanów. Na całym obszarze jest , istnieje obok przecudownego karaibskiego Raju, “śmierć” spotykamy wszędzie , w każdej kafejce, miejscu rozrywki, parku krajobrazowym, nad każdą kasą w której się płaci za luksusowe towary, skrycie wmanipulowana, prawie nie widoczna… zawsze pięknie wystrojona, czasem w postaci szkieletu w kapeluszu, albo z włosami na główce ( przesympatyczna). Takowych szkielecików przywiozłam kilka, na specjalne zamówienia
Trochę głupio się leciało ze świadomością kilku czaszek w bagażu podręcznym
Każdy z nas , ja i ty , jest poza cielesną powłoką – właśnie taki jak ta ” Pani” na zdjęciu- ziemska konstrukcja plus “ubranko”.

Piramida w Cobie, właśnie ta w okół której nie ma spędu turystów, zero tłoku można się poczuć jak archeolog odkrywca.
Meksyk to muzyka
Jest w niej klimat przejmującego romantycznego dramatyzmu, jak i energia gorącego meksykańskiego lata.
Posłuchajcie,
ileż w niej pasji i wewnętrznego przeżywania.
NURKOWANIE
Nigdy nie zapomnę bezinteresownego zaangażowania pewnego człowieka, który nauczył mnie pływania z nurkowaniem w jednej z najpiękniejszych zatok Hel-Ha na morzu karaibskim. Przemiły pan przywdział na tę okoliczność nawet chustę, zapewne żeby uniknąć udaru, ale dla mnie, był to widok jak z obrazka z napisem “niech ci w tym miejscu niczego do szczęścia nie brakuje, wszystko jest, pirat też, przystojny jak sam bóg”. – “Niech się pani nie martwi, że utonie, powiedział “pirat” jestem ratownikiem, nurkiem i marynarzem “. Ależ magia. Słowa jak zaklęcie, bez wahania rzuciłam się z nim w morskie otchłanie. A pod nami był zupełnie inny świat, woda z jej skarbami, ogromnymi tuńczykami i innymi pięknymi rybami.
Zanurzając się w nim totalnie, miałam odczucie powrotu do korzeni. Ciepłe morze obejmowało mnie niczym wody płodowe na chwilę przed urodzeniem. Cisza i mój rytmiczny spokojny oddech, świat pode mną, świat we mnie, dwie rzeczywistości połączone w jedną całość, idealna harmonia podwodnego wymiaru. Przez chwilę doświadczyłam czasu przed czasem. Przybierając pozycję ludzkiego embrionu powróciłam do niebycia nikim, poza samym istnieniem. Magiczne doświadczenie.
Dobry był to człowiek, ten polski pirat, “ktoś” po godzinach pracy. Ja opowiedziałam mu co czuję w sercu piramid, a on nauczył mnie widzieć, inaczej, pod wodą.
Zdobyta umiejętność nurkowania, pozostała we mnie już na zawsze gdy bez pirata i ratownika bez wahania wskakiwałam do innych morskich otchłani i oceanów.
Po prostu Meksyk
To To był po prostu Meksyk
Meksyk był jedną z najfajniejszych i najradośniejszych moich podróży, to właśnie do Meksyku odważyłam się polecieć po raz pierwszy w życiu. To coś znaczyło. Dziś podziwiam siebie za odwagę, a może za głupotę, ale czy nie jest tak jak powiedział Kapelusznik w nowej Alicji, “że tylko wariaci są coś warci”. Świat niczym nagroda w konkursie “dla wytrwałych” po latach uwięzienia w jednej rzeczywistości podróżowania, pociągiem, samochodem, rowerem, mój pierwszy daleki lot, właśnie do Meksyku.
Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że Karaiby są jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Półwysep Jukatan ma do zaoferowania bardzo wiele atrakcji, po wylądowaniu, na lotnisku w Cancun przywitał nas zupełnie “nowy świat”. Poza klimatyzowaną halą lotniska było niezwykle parno i gorąco. Akurat wylądowaliśmy gdy padał deszcz, wilgotność była niesamowita, mój pierwszy oddech poza lotniskiem był szokiem. Nie ma tlenu, pomyślałam. Było mi duszno łapałam powietrze jak ryba, gdy pierwszego wieczoru poszłam coś zjeść i na parasol nad stolikiem lunął prawdziwie ulewny deszcz, ogarnął mnie lęk, byłam bliska zasłabnięcia. Uduszę się nie dam rady, pewnie cały pobyt przesiedzę w klimatyzowanym pokoju, tak wtedy pomyślałam. Na szczęście tak nie było i pierwszy klimatyczny szok minął szybko po pierwszej normalnie przespanej nocy, potem już do końca czułam się jak w raju.
Wielkie ptaki, niesamowicie błękitne morze, tajemnicze ruiny majów i Azteków. Możliwość dotknięcia dawno zaginionego czasu, wdrapania się na archaiczne ruiny majańskich świątyń i do tego, niesamowicie sympatyczni faceci. Każda kobieta wsiadająca i wysiadająca z meksykańskiej taksówki, na pewno poczuje się jak dama. Nie zdarzyło się żebym, choć raz sama musiała otwierać i zamykać sobie drzwi jakiegokolwiek samochodu . Cała aura która otaczała mnie w tamtym okresie, była niezwykła, ludzie których spotkałam w Meksyku byli niezwykli i niezwykle starannie zadbali o moje szczęście.
Jeśli miałabym coś rzec, o magicznych świętych ruinach, to tylko tyle, że jak dla mnie, nie były one najmagiczniejsze na Jukatanie, ale właśnie te ryby, szmaragdowe morza, ludzie i przyroda – krokodyle w podmokłym bajorze, gadające Gwarki, kąpiel z delfinami i rekinem w basenie.
Nie jestem archeologiem, ani tym bardziej nie należę do ekipy łowcy skarbów w stylu poszukiwacze zaginionej arki itp. dlatego dla mnie wycieczka do kompleksu piramid była jedynie “lekcją historii” o kulturze Majów i Azteków, oraz setce hipotez,, co się stało z jej twórcami ? A było tychże kilkanaście, od naukowych, po niesamowite, a i ja mam swoją własną. Przechadzałam się więc i robiłam zdjęcia, różnym rozpadającym się płaskorzeźbom, gwiezdnym jeźdźcom, schodzącym z nieba bogom i rytualnym scenom, uruchamiałam wyobraźnię, wysilając szare komórki, dotykałam murów, żeby lepiej poczuć ich energię i poczułam, zmęczenie upałem.
Było jednak miejsce w centrum archeologicznym w Cobie, z bardzo wysoką piramidą, i tam poczułam się inaczej. Zero zgiełku, turystów, wręcz pusto i dziko, wszystkie szczątki zabudowań świątynnych wyłaniały się z gęsto rosnącego lasu tropikalnego i tam, spacerując w zupełnej samotności, poczułam magię. Wdrapałam się na czworaka na praktycznie niemożliwą do zdobycia, zrujnowaną, poharataną i prawie pionowo stojącą piramidę. Stanęłam na jej szczycie wyczerpana, na trzęsących nogach, oświecona południowym słońcem i zlana potem. Przed sobą spostrzegłam “klimatyzowane” i otwarte pomieszczenie, świątynne sanktuarium kapłańskie. Weszłam tam bez namysłu, żeby odetchnąć i w zupełnej ciemności i chodnej oazie, poczuć się prawie jak aztecka kapłanka. W małym zamkniętym pomieszczeniu na szczycie starożytnej piramidy, naładowałam akumulatory. Po zejściu czułam się doskonale, odświeżona i odmłodzona.
Oczywiście to czego doświadczyłam było zaledwie maleńkim fragmentem tego, po co wybierają się prawdziwi fani starożytnych kultur. Nie znalazłam ostatniej kryształowej czaszki, ani nie medytowałam pod szczytem, ani na szczycie piramid, nie snułam gawęd ze starożytnymi potomkami mieszkańców dawnej ameryki, ani nie odkryłam tajemnicy końca świata, ale przywiozłam sobie czaszkę z agatu i panią śmierć w słomianym kapeluszu i kilka innych kościotrupów z amuletem z lokalnego kasztanowca. Kościotrupki, chłopczyk i dziewczynka wiszą w kuchni, przyczepione na sznurkach pod olejną reprodukcją Fridy Kahlo i każdy kto mnie odwiedza, zadaje pytanie, czy wyznaję jakieś wudu, albo czy przez cały rok obchodzę Halloween. A obchodzę … ? Oczywiście, że nie. To tylko pamiątki.
LEGENDA
“Posłuchajcie…” – tak zaczyna się wiele opowiadanych z ogromną swadą legend pochodzących z Jukatanu. Można w nich usłyszeć o aluxes – duchach lasu, którym lepiej nie wchodzić w paradę, albo o xtabay – nadnaturalnych stworzeniach, które przyjmują często postać pięknej kobiety, by ukraść mężczyźnie duszę.
Ważną rolę odgrywają także szamani uzdrawiający chorych i celebrujący tajemnicze rytuały na polach i w wioskach. Wyśmiewani przez lekarzy akademickich uzdrowiciele wyrobili sobie jednak pewną pozycję. Meksykański system ubezpieczeń społecznych uznał tradycyjne metody leczenia i pozostawia pacjentom wolny wybór lekarza, u którego zamierzają się leczyć.
Sztuka curanderos (uzdrowicieli) jest głęboko zakorzeniona w kulturze Majów, którzy mimo przyjętego niegdyś katolicyzmu nadal wierzą w bogów i duchy, w jakie wierzyli ich przodkowie. W wielu wioskach Majów do dziś przetrwały pradawne rytuały, do dziś rozbrzmiewają tu także poetyckie modlitwy o deszcz i urodzaj, kapłani składają ofiary przy źródłach i w jaskiniach, aby przebłagać duchy błyskawicy i wiatru.
Nawet gdy pod koniec pory deszczowej rozpoczyna się karczowanie lasów w celu pozyskania nowych pól uprawnych, odbywa się ono przy wtórze licznych ceremonii połączonych ze składaniem bogom lasu w ofierze placków kukurydzianych, co ma na celu uzyskanie przyzwolenia na karczunek. Jeśli przypadkiem musi zostać ścięte duże lub stare drzewo, drwal musi najpierw poprosić duszę drzewa o wybaczenie. Podczas zbiorów, pierwsze plony poświęca się zawsze bogom lasu.
Jest to rodzaj podziękowania bogom za otrzymaną ziemię.
Matematyka Majów
Matematyka Majów zdecydowanie różni się od naszej; używali oni dziewiętnaście CYFR i zero. Jest to rodzaj matematyki kosmicznej.
Nasza cywilizacja posługuje się dziewięcioma cyframi i zerem 0), co oznacza, że nasza operatywna inteligencja zna tylko połowę tego systemu. Matematyka dwudziestkowa Majów ujmuje bardzo głęboką wiedzą kosmiczną, której nie uwzględnia „matematyka teleskopów itp. Pokazuje, jak wygląda odliczanie czasu u Majów przy wykorzystaniu 260 kinów (TZOLKIN).Majowie wykorzystywali dwie kluczowe liczby: 13 i 20. System trzynastkowy stanowił czynnik czasowy. Aby zrozumieć, czym jest czynnik czasowy, należy pojąć dynamikę TRZYNASTKI. Reprezentuje ona wielkość matematyczną, ujmującą jakość i ilość w procesie materialnego Stwarzania. „13” to perpetum mobile napędzające cały proces tworzenia, np. 13 dni, pory roku po 13 tygodni itd. Tak więc pewien magiczny zegar, który nie jest nam jeszcze dostępny, wyznacza rytm ewolucji według liczby 13. Siła napędowa ewolucji połączona jest bardzo silnie z cyfrą 13.
Druga ważna liczba u Majów to 20, czyli dziewiętnaście liczb i zero. 20 jest związana z prawa półkulą mózgu; symbolizuje ją 20 archetypów (20 pieczęci).
Liczby 13 i 20 mają ogromny wpływ naszą biologię, co zostało potwierdzone naukowo, np. nasze geny są dwudziestkowe (20 aminokwasów). Liczba 20 odgrywa też znaczącą rolę w budowie atomów.
(Johannem Kössner)
Śmierć w Meksyku, to kulturowa codzienność, nie można przejść obok obojętnie, jej szkielet od wysokości i postury normalnej kobiety po maleńkie kościotrupki dekorują wszystkie miejsca w Meksyku, przez calutki rok. Śmierć na plaży w restauracji, w klubie tanecznym, i w centrum handlowym. Śmiem twierdzić, że meksykańskie sombrero, tequila i kostucha w tym sombrerze z cygarem w dziurawej szczęce i tequilą w kościstej łapie jest jednym z najbardziej charakterystycznych symboli Meksyku.
Zapraszam do obejrzenia zdjęć, wysłuchania piosenki o miłości i nurkowania.
Wszechobecna Pani, coraz częściej nazywana “Świętą Śmiercią” do której modły zanosi coraz większa grupa Meksykanów. Na całym obszarze jest , istnieje obok przecudownego karaibskiego Raju, “śmierć” spotykamy wszędzie , w każdej kafejce, miejscu rozrywki, parku krajobrazowym, nad każdą kasą w której się płaci za luksusowe towary, skrycie wmanipulowana, prawie nie widoczna… zawsze pięknie wystrojona, czasem w postaci szkieletu w kapeluszu, albo z włosami na główce ( przesympatyczna). Takowych szkielecików przywiozłam kilka, na specjalne zamówienia
Trochę głupio się leciało ze świadomością kilku czaszek w bagażu podręcznym
Każdy z nas , ja i ty , jest poza cielesną powłoką – właśnie taki jak ta ” Pani” na zdjęciu- ziemska konstrukcja plus “ubranko”.

Piramida w Cobie, właśnie ta w okół której nie ma spędu turystów, zero tłoku można się poczuć jak archeolog odkrywca.
Meksyk to muzyka
Jest w niej klimat przejmującego romantycznego dramatyzmu, jak i energia gorącego meksykańskiego lata.
Posłuchajcie,
ileż w niej pasji i wewnętrznego przeżywania.
NURKOWANIE
Nigdy nie zapomnę bezinteresownego zaangażowania pewnego człowieka, który nauczył mnie pływania z nurkowaniem w jednej z najpiękniejszych zatok Hel-Ha na morzu karaibskim. Przemiły pan przywdział na tę okoliczność nawet chustę, zapewne żeby uniknąć udaru, ale dla mnie, był to widok jak z obrazka z napisem “niech ci w tym miejscu niczego do szczęścia nie brakuje, wszystko jest, pirat też, przystojny jak sam bóg”. – “Niech się pani nie martwi, że utonie, powiedział “pirat” jestem ratownikiem, nurkiem i marynarzem “. Ależ magia. Słowa jak zaklęcie, bez wahania rzuciłam się z nim w morskie otchłanie. A pod nami był zupełnie inny świat, woda z jej skarbami, ogromnymi tuńczykami i innymi pięknymi rybami.
Zanurzając się w nim totalnie, miałam odczucie powrotu do korzeni. Ciepłe morze obejmowało mnie niczym wody płodowe na chwilę przed urodzeniem. Cisza i mój rytmiczny spokojny oddech, świat pode mną, świat we mnie, dwie rzeczywistości połączone w jedną całość, idealna harmonia podwodnego wymiaru. Przez chwilę doświadczyłam czasu przed czasem. Przybierając pozycję ludzkiego embrionu powróciłam do niebycia nikim, poza samym istnieniem. Magiczne doświadczenie.
Dobry był to człowiek, ten polski pirat, “ktoś” po godzinach pracy. Ja opowiedziałam mu co czuję w sercu piramid, a on nauczył mnie widzieć, inaczej, pod wodą.
Zdobyta umiejętność nurkowania, pozostała we mnie już na zawsze gdy bez pirata i ratownika bez wahania wskakiwałam do innych morskich otchłani i oceanów.
Jukatan Meksyk
MEKSYK / PIRAMIDY / FILMListopadowe tęczowe zjawisko
Listopadowe tęczowe zjawisko / 2008 /
Koty, wakacyjne wspomnienie z Teneryfy
/ KRÓL LEW/ i inne koty / TENERYFA
I inne koty trzymane w niewoli, poza kotem domowym. Może czasem warto nie urodzić się na króla wtedy, być może nie do końca, ale zawsze w jakimś stopniu, pozostanie się bardziej wolnym — od głów ugrzywionych i koronowanych.












































































































































































