Wpisy, których autorem jest podróże&różne
Grunt to bezpieczeństwo
Czyli o zaletach zorganizowanego podróżowania do krajów muzułmańskich dla kobiet.
Z wycieczek grupowych wyrasta się gdzieś po maturze, a najchętniej na nie jeździ, chyba, w szkole średniej.
Dlaczego?
Bo, można się wyrwać z domu. Można pojechać do hotelu, nie tyle z grupą, co po przygodę, z chłopakiem (dziewczyną) sympatią w jednym autokarze, powygłupiać się, złamać jakieś nakazy, zakazy. Kto chodził do szkoły i nie przesiedział tego okresu w bibliotece, ten pamięta jak smakowały szkolne wycieczki.
A potem były pierwsze Polaków wyjazdy za ocean, czy na Kretę. To było niesamowite, bo do tej pory oglądaliśmy taką egzotykę, wyłącznie w telewizji w programach z Dzikowską i Halikiem.
Ale zorganizowane wyjazdy, to nie to samo, co bycie obieżyświatem, więc kto mógł i miał odwagę, pognał na wielką włóczęgę i po wielką przygodę.
Dlaczego nie na zorganizowane?
Ano dlatego, że wszystkie ścieżki i szlaki wycieczkowe, nawet te, do najpiękniejszych miejsc na ziemi, stały się bardziej przewidywalne od szkolnych wycieczek, prysły bąbelki, młodzieńcza spontaniczność gdzieś wyparowała i zasmakowało zwietrzałą oranżadą.
Ustatkowaliśmy się. Zamiast chłopaka i dziewczyny, staliśmy się mężem i żoną, z dwójką dzieci i nadmuchiwanym kółkiem przy basenie.
- Tak trzeba. Umówili się ona i on. – Są dzieci, nie ma co szaleć. Poczekamy aż dorosną. Emerytura to idealny czas na wyszukane eskapady.
On zapisał się na siłownię, Ona na jogę, obydwoje są na diecie wegetariańskiej, żeby mieć siłę na stare lata wziąć plecak, rower i ruszyć w świat na dwóch kółkach.
Pochłonęła nas codzienność i rutyna, “starcza” wygoda. Zgnuśnieliśmy w pracy za biurkiem, albo w ramach sztywnych biznesowych obowiązków. Staliśmy się ostrożniejsi, a przez to nudniejsi dla siebie. Dzieci, dom, samochód, firma, obowiązek.
I w zasadzie nic się nie zmieniło, bo jak nas upychano do szkolnych autokarów, tak teraz ładujemy się do samolotów, a po wylądowaniu, wszyscy ustawiamy grzecznie w kolejce do autobusiku, żeby nas ten autobusik, zawiózł do bezpiecznej hotelowej oazy. Tam nas zwyczajnie obrączkują i prowadzą do łóżeczka, a potem, następnego dnia każą przyjść na zbiórkę z opiekunem.
Kiedyś zerkaliśmy na siebie: chłopacy na dziewczyny, dziewczyny na chłopaków, a teraz zachwycamy się egzotycznymi widokami i rybkami na rafie. Bo kobiety, po tych szmaragdowych wodach pływają nie takie, jak z okładek Playboya. Z brzegu zwyczajowo spogląda żona, a bywa, że i teściowa, obie topless ( nowoczesne, światowe kobiety). Siedzą przy basenie, dzieciaki pałętają się pod nogami i jak natrętne muchy atakują; – Tato maska mi spada. – Tato, teraz ja, ja, weź mi załóż płetwy.
Zwyczajnie nam się odechciało, szwendać zakazanymi drogami, niszczyć samochód, na nie przejezdnych szlakach, drażnić żonę i narażać na biegunkę jadając w przydrożnych barach. Polować też nie mamy siły, zresztą po co jak wszystko na talerzu, aż jeść się nie chce.
Pora wydorośleć i włączyć ojcowski rozsądek, ewentualnie poszaleć na darmowej alkoholizacji przy barze.
Każdy wie, że co drugi Polak na wakacjach, całymi dniami przesiaduje przy barze i wlewa w siebie litrami lokalną darmową wódkę.
Dlaczego ?
Z nudów, z powodu niezrealizowanych marzeń, a może ambicji.
Nie każdy ma odwagę stanąć na drodze, sam na sam, pomiędzy ludźmi którym nie zapłacił, za złe traktowanie. Siedzi więc i chleje na umór w przyhotelowym barze, pogania miejscowych kelnerów, a po powrocie do kraju, jest na prawdę przekonany, że sobie poszalał na wakacjach.
Zawsze lubiłam, chodzić nieprzetartymi szlakami. Wybierałam “swoje” ścieżki, strome brzegi, rzeczne zakręty, wspinaczkę w niedostępne miejsca, w górach, na wysokie drzewa i strychy opuszczonych domów, lubiłam ryzyko.
A potem co się stało?
Normalność się stała. Z racji, że ja należałam do rasy dziewczynek, a potem żon i matek, musiałam przyhamować z włóczeniem się po krzakach i nieprzetartych szlakach.
W kraju Allacha, kobiety nie mają lekko, na każdym kroku czeka na nie przygoda życia. Turcy i Arabowie, nie są wulgarni, za to natarczywie nieustępliwi. Wystarczy jedno przypadkowe spojrzenie w ich stronę i Turek kładzie się na leżaku obok, gotowy do wakacyjnego romansu (kilka procent gości hotelowych, to Turcy, w większości mężczyźni, bywa, że z rodzinami).
- Ty spik inglisz ?
- No
- A po ruski ty gawarisz ?
- No. Kręcę przecząco głową.
- Ja toże niet po ruski i inglisz, my gawarim po turecki. Uśmiecha się on.
I tak zaczyna się męcząca “rozmowa”. Turek ma czas, wieczorem prowadzi tutaj dyskotekę na plaży, a teraz odpoczywa i “łowi” na noc. Coś mówi, nie wiem co, łamaną polszczyzną, ruszczyzną, po turecku, o wycieczkach, o tym jakie mam piękne oczy, o tym, że to i tamto. Sięga sobie po moje wisiorki na szyi. Na nieszczęście miałam serduszko, on też miał, tylko większe.
- biuti heart, ja toże mam, ty smatri
Rozmowa niebezpiecznie zostaje skierowana na Allacha. Turek pokazuje na niebo i zaczyna coś o bogu, sercu i o mnie. Jego bóg i mój bóg, to dwaj różni bogowie. Więc …
Podnoszę się z leżaka spocona i biegnę w stronę morza, ale Turek nie rezygnuje, biegnie za mną. Chlup do wody, ja płynę i on płynie. W wodzie jest jeszcze gorzej. Turek nurkuje po muszelki i co chwilę wynurza się bliżej mnie, ze skarbami morza w dłoniach. Wybiegam z wody, speszona, owijam się w ręcznik i kładę na leżaku. Turek z uśmiechem biegnie z mineralną w szklance i kwiatkami z pobliskiego baru.
Mniej więcej tak to wygląda, a ich uwaga, przekierowuje się z kobiety na kobietę, w zależności od reakcji i skuteczności przetrzymania ofiary, jej zainteresowania i reakcji.
Egipt i Turcja, w obydwu tych krajach płeć piękna ma pod górkę. Pisze się, że Turcja to kraj bardziej męsko – ucywilizowany, od Egiptu. Nic bardziej błędnego. Turek zahaczy okiem i “napadnie” na wszystko, co ma biust, porusza się i przypomina kobietę.
Miałam więc swoje ”nie przetarte szlaki”, na trasie Egipt – Turcja. Szlaki męsko – damskie, szlaki orientalne, religijne, filozoficzne.
A każda droga w którą wybieramy się po raz pierwszy w życiu, choćby po niej wędrowało przedtem miliony innych ludzi przed nami, dla nas zawsze będzie pierwsza.
Podobał mi się ten taniec, zwłaszcza, że nad głową jasno świecił księżyc w pełni w znaku Wodnika, a zaraz obok, w tle majaczył obraz półksiężyca i gwiazdy.
Coś dla ochłody i dla odwagi czyli RAFTING
Nie wiem co, ale z niektórymi ludźmi jest coś nie tak. Dom, gdzie się urodzili, szkoła, do której chodzili, praca czekająca tuż za rogiem.
I to ma być życie.
Chodzi o moment, w którym człowiek na wszystko się zgadza i ustala cenę.
Na przykład: spokój.
I proszę bardzo: jest zadowolony.
Tylko spokój. Cicho, cicho, cicho sza.
A potem mówią cicho i nawet dużych liter się boją.
A co dopiero wielkich słów.
(Marek Kamiński. Moje bieguny)
Mniej więcej takie mam zdanie o życiu “cicho sza, cicho sza”, tyle że na odwrót.
Riwiera Turecka, naturalny tropikalny Hammam
Stało się.
Najpierw kupiłam sobie wakacje w Turcji, a dopiero potem zaczęłam wczytywać się w forum na gazeta.pl które wybrzeże ma lżejszy klimat, i strach mnie obleciał. Prawdziwy niepokój zasiał wirusa lęku w mojej głowie. A czytam na forum, że w sierpniu na Riwierze tureckiej gorąc jest nie do zniesienia, na słońcu z 50 stopni może być, że tylko pot na ciele i dychawka w płucach. A prócz tego możliwe i trzęsienia ziemi.
Istny hammam, zdrowy, dla zdrowych ludzi.

I faktycznie. To wszystko prawda. Było kilka dni, że temperatura w komórce wskazywała 40 stopni w cieniu, a pod okrągłym słoneczkiem na wyświetlaczu telefonu, widniał napis ” uwaga temperatura ekstremana”. Noce również nie przynosiły upragnionego wytchnienia, tylko 31 stopni. I tak przez całe 16 dni, aż której nocy przywykłam i zrodziło się w mojej głowie pragnienie spędzić noc na leżaku przy basenie.
Tak czy owak, było parno i gorąco.
Kambodżańska spiekota i Pattayska duchota, przy tej parówie, były niczym ożywczy powiew z nad Bałtyku. To samo Meksyk, czy Tajlandia. Zdecydowanie chłodniej i do wytrzymania.
Pytam córy;
- Czy tutaj jest tak duszno jak w Pattaya, czy ja już zapomniałam jak tam było.
- Duszniej, tam było tak duszno, tylko na ulicy śmierdzącej grillami.
W związku z tym postanowiłam przeczekać wakacje w klimatyzowanym pokoju, zwłaszcza, że po mieście jeździły i raz po raz, odzywały się syreny karetek pogotowia, jedna nawet podjechała do kogoś w moim hotelu, pod samą recepcję podjechała z łóżkiem i zestawem reanimacyjnym.
Postanowiłam stanowczo wychodzić tylko po jedzenie i przeczekać pobyt – pokoju z klimatyzacją. Bo poza pokojem, w moim czterogwiazdowym hoteliku, nigdzie jej nie więcej nie włączali.
Zapisałam się na tylko dwie wycieczki ( jak nigdy). Kilkudniową do Kapadocji, bo ponoć tam chłodniejsze klimaty i rafting – DLA OCHŁODY.
O Pammukale, nie pomyślałam nawet w marzeniach.
- Proszę państwa, zapowiedział rezydent.
Pammukale, to ósmy cud świata, bawełniane tarasy, bajecznie białe, jak na lodowcu. A tymczasem ludzie jak te “morsy” maszerują po białych “lodowych” skałach, a spocone jak foki.
Ten komentarz wystarczył, żeby Pammukale sobie darować.
W sierpniu na Riwierze Tureckiej jest jak w piekle. Nie ma czy oddychać. W klimatyzacji też nie ma czym oddychać. Pot leje się strugami, spływa po karku – kap, kap kropelkami, do kołnierza, do talerza, na sąsiada, na wszystko. Dobrze, że przed wyjazdem fryzjerka, bez mojej zgody, obcięła mi włosy na chłopaka.
Z początku ją przeklinałam, że mnie tak okrutnie oszpeciła. A potem błogosławiłam w duchu i ją i Boga, za to, że ją do tego namówił.
Po dwóch, trzech dniach, jak to zwykle bywa, piekło powoli zaczęło przemieniać się dla mnie w raj na ziemi.
Zresztą mniej więcej to oznacza nazwa miasta Antalya.
Raj na ziemi.
O raftingu wiedziałam tyle co o spływie Dunajcem, czyli nic.
Bo ani na jednym, ani na drugim nigdy nie byłam. Chciałam się tylko ochłodzić. Wycieczka miała być i dla dorosłych, a nawet, dla dzieci.
I była dla dzieci i czerstwych chłopów.
Ale na pewno nie dla ludzi z możliwymi problemami krążeniowymi, albo takimi, co o nich nic nie wiedzą, że je mają, albo mieć mogą.
Otóż dlatego, że sama rwącość rzeki i możliwość wywrócenia się pontonu do góry nogami, straszyła, ale tylko z początku. Za to Turek który siedział z tyłu (za mną) i który wszystkie kobiety, bez namysłu wyrzucał w nurty, lodowatej do N potęgi wody, był o wiele STRASZNIEJSZY niż cała ta rwąca rzeka. A wrzucał do wody, kur.. tak zimnej, że lody w zamrażalniku są cieplejsze.
Przerosło to moją wyobraźnię.
Trzy godziny moczyć tyłek w lodowatej wodzie, od góry prażyć się w słońcu, i bać, że znienacka Turek wrzuci w odmęty rwącej lodowatej rzeki.
Wrzucono moje “pisklątko” i to kilkakrotnie, a ono powiedziało swojej mamie; – Posłuchaj. Straciłam czucie w ciele. Jak cię wrzucą to ci serce stanie.
Modliłam się więc do przybrzeżnych meczetów, do Allacha, oczywiście, żeby mnie Turek do wody nie wrzucił. Przez trzy godziny siedząc bokiem na gumowym pontonie, kurczowo trzymając się sznureczka i czerwonego wiosła, co i raz polewana z kasku lodowoatą wodą, albo z wiosła, przez przepływające obok pontony z okrzykami “chicken, chicken” . Co miało znaczyć mniej więcej, że wioślarze w tamtym pontonie to mięczaki. Po tych okrzykach, owe mięczaki brały się za wiosła, podpływały jak najbliżej i wlewały nam lodowatą wodę z wioseł na rozgrzane plecy. Super uczucie.
Ale było fajnie. Poza nocnym siusianiem, co kilka minut, poza katarem, zdecydowanie duszącym w klimatyzacji i na zewnątrz, poza bolącym tyłkiem i kręgosłupem, spalonymi przez słońce udami i ramionem, było na prawdę super.
Polecam wszystkim po czterdziestce. Niezły ubaw. Niezapomniany …
Siedzę sobie, ta w ciemnych okularach i zastanawiam się, co ja tu robię.
Ale to nic. Fajnie było. Nie ma co, kolejnym razem, też popłynę. (nie to żart, nie popłynę)
Skaczący do wody ( dla fotki) , muszę przyznać, że prawdziwe hardcore !
I dwie fotki z “mety” programowej
Trasa spływu wiodła przez przepiękny kanion, cudowne widoki majaczyły na horyzoncie. Chwilami nawet udawało mi się ogarnąć całość krajobrazu. Piękny był. Ale tylko i wyłącznie chwilami, gdy na spokojniejszych wodach rzeki, właśnie przytapiano akurat jakąś inną białogłowę.
Oczywiście zdjęcia robione z brzegu już po zabawie.
Magiczne lampiony w Poznaniu i Noc Kupały
Jak prasa donosi, poznański pomysł na uświetnienie Nocy Kupały i lampionami szczęścia, był strzałem w przysłowiową dziesiątkę !!! Pomysł był oryginalny, ale jak sądzę trochę zainspirowany (być może) niewiarygodnie podobną do poznańskiego nieba z lampionami w Noc Kupały, finałową scenką, z nie tak dawno wyświetlanej w kinie bajki Disneya, pt. Zaplątani.
Zjawiskowością tegoż pomysłu w realu, zachwycił się cały świat. Ku mojej radości i z prawdziwą przyjemnością o tym przeczytałam. Tu Link
Trochę klimatu tamtego wieczoru w Poznaniu i na Wielkopolsce na ziemiach Lecha, w miejscu w którym tryska niewyczerpane źródło polskiej słowiańskiej tradycji.
A przy okazji bacząc na znaną wszystkim otwartość poznaniaków wobec innych tradycji i obyczajów, to i trochę Azji, pojawiło się nad Wartką i wielką polską rzeką
Słowa i jakikolwiek komentarz, myślę że będą zbędne dla tego cudownego spektaku …
Poraz pierwszy , podziwiałam magiczne lampiony , mające przynieść mi szczęście i opiekę czuwajacych nade mną opiekuńczych duchów przodków w Tajlandi na plaży w Pattaya. To właśnie tam zobaczyłam lampiony na nocnym niebie i poprosiłam o wypuszczenie jednego na szczęście dla mnie i dla całej mojej rodziny, tej dalekiej i tej bliskiej .
Pięknie było w Tajlandii wtedy na plażach w Pattaya, i egzotycznie, ale w Poznaniu nieziemsko i magicznie było na wzgórzu św. Wojciecha nad Wartą.
Wprost Fantastycznie. Sami zobaczcie
Magia czar nocy letniej nad Wartą, czyli Poznań jest Ok
Wschód słońca piąta rano
O piątej nad ranem mógł mnie zbudzić przecież tylko taki cud

Oko obiektywu widzi co chce, a człowiek odpowiednio do skojarzeń, interpretuje. Czy to krzyż, czy feniks, a może ... słońce o poranku odbite w zniekształconym świetle zaspanego oka, źle dostrojonego obiektywu w aparacie, okna i moskitiery ?
Powrót do przeszłości – Cytadela Poznańska
Był czas kiedy to miejsce było niemalże całym moim światem. Nie pamiętam dnia bez spaceru pięknymi, a zarazem mrocznymi alejami parku na Cytadeli Poznańskiej.
To miejsce fascynuje mnie do dziś i tak jak niegdyś, nadal sądzę że jest piękne. Dokładnie w tym samym roku w którym urodziła się moja młodsza córka, swój początek miało tam pierwsze największe na świecie przedstawienie pasyjne; ”Misterium męki pańskiej” Które od tamtej pory odbywa się na wzgórzach Cytadeli, co roku przed Wielkanocą.
Nie przegapiłam ani jednego przez siedem kolejnych lat, aż do czasu zmiany miejsca zamieszkania na inne. Fantastyczne wrażenia wizualne i przeżycie duchowe, gorąco polecam, bez względu na wyznanie – warto choć raz wziąć udział w misterium zrobionym z takim rozmachem.
W tę jedną noc Cytadela poznańska przekracza wymiar czasu, przestrzeni i śmierci, przemieniając się tym samym w magiczno-mistyczną krainę, jakby żywcem przeniesioną nie z tego świata. Golgota na wzgórzach Cytadeli pośród nocy, aż ciarki przechodzą po plecach tak bezwiednie i spontanicznie, pewnie za sprawą wrażeń tych czysto wizualnych i zmysłowych, jak i częściowo z duchowego nastawienia.
Pod wpływem “żywego obrazu” ; konnych jeźdźców i ludzi z pochodniami którzy pośród zebranego tłumu ( nas) szukają Jezusa żeby go ukrzyżować, kończy się czas a trwa kadr zatrzymanego z nami filmu. Niesamowite widowisko i całe spektrum niezapomnianych wrażeń. Coś jakby dwa światy żywych i umarłych zbierały się żeby zjednoczyć we wspólnym człowieczym losie. Duchy cytadeli budzą się w tę noc poprzedzającą Wielką Noc, a Jezus zmartwychwstaje w sercach tłumnie zebranych poznaniaków. Nie ma chyba nikogo takiego, co by w tę noc, odchodząc po symbolicznym zwycięstwie dobra nad złem, nie niósł w sercu otuchy wracając do swojego domu.
Poniżej dla zachęty na przyszły rok, tegoroczny zwiastun poznański. W tym roku grupa realizująca przedstawienie poznańskie zaprezentowała się 16. kwietnia w Warszawie. Nie byłam, nie widziałam, ale ponoć też się bardzo podobało.
Cytadela Poznańska to w zasadzie cmentarz i miejsce męczeństwa dla setek ludzi. Dla mnie nie ważne, kto kogo zakatował na śmierć, czy Rosjanie, Niemców, czy Niemcy, Polaków, Brytyjczyków… Wszystko to ofiary, ofiar, synowie, ojcowie i mężowie, czyichś matek i żon, ich kości do dziś spoczywają nie odnalezione w bunkrach Cytadeli, przysypane ziemią zarośnięte drzewami. Pośród poległych na Cytadeli była ponoć grupa spalonych żywcem i nigdy nie odnalezionych niemieckich żołnierzy. Kto wie, może spoczywają na tej polanie, gdzie co dzień zbiera się stado czarnych kruków.
“Mogli się poddać wredne szkopy”
Los tamtych żołnierzy z wyroków losu niejako ostatecznie był przesądzony, a śmierć przedwczesna w walce nieunikniona. Poza kwestiami wyboru; czy kulka za dezercję, śmierć w walce, czy ewentualnie koniec życia, trochę oddalony w czasie, w którymś z radzieckich obozów śmierci, innego nie widzę.
Cytadela Poznańska to szczególne i piękne miejsce, a to za sprawą tego że rośnie tam przeogromna ilość różnych, nawet bardzo egzotycznych gatunków drzew, krzewów i kwiatów, i tego, że w ziemi spoczywają stosy nie wydobytych “skarbów” wojny w tym ludzkich kości i amunicji. Był czas, że na Cytadeli Poznańskiej wzrastał ogród z największą ilością unikalnych odmian krzewów i drzew w powojennej Polsce. Codzienne spacerowanie w jego ogrodach skłania do różnych rozmyślań, może dzieje się tak za sprawą tej “słyszalnej” ciszy unoszącej się tuż obok. Ciszy której nie sposób się pozbyć, strzepać z uszu, wyrzucić z głowy, ciszy którą słychać, pomimo że jest niesłyszalna, po wielokroć odnosiłam wrażenie że “ktoś” ze mną idzie, czegoś szuka i o coś się pyta. Nawet w najbardziej samotnej alejce parku, nigdy nie byłam sama, a zawsze z jakimś duchem na ramieniu.
Na Cytadeli Poznańskiej gromadzi się chyba największa liczba kruków w mieście w takiej liczbie w jednym miejscu. Pamiętam, że kiedy na nie spoglądałam, zawsze wspominałam tych żołnierzy których kości nadal spoczywają nieodkryte pod alejkami i kwietnikami. Wspominałam na synów tych matek, po których wszelki ślad zaginął i teraz nazywa się ich nie bohaterami, a barbarzyńcami; być może, że odradzają się w tej ciszy i trzepocie czarnych skrzydeł kruków na cytadeli.
Na Cytadeli spotkałam pierwszego w życiu buddystę, jak żywcem w czasie przeniesionego z Tybetu. To był ponury deszczowy dzień, ale pomimo wszystko postanowiliśmy z mężem wziąć dziecko do wózka i iść na codzienny spacer. W pewnym momencie na ścieżce w zupełnie pustym parku za naprzeciwka podszedł do nas młody mężczyzna, zupełnie ogolony na łyso i dziwnie ubrany, w pomarańczowo-brązową “sukienkę” ( na niej miał kurtkę) i zapytał; “czy jesteśmy zadowoleni z dziecka i czy wszystko jest w porządku, jak się chowa” ? Powinnam była się wystraszyć, ale ja zaczęliśmy mu się zwierzać z różnych nękających problemów wychowawczych, głównie z tego że nasze dziecię pomimo że super się rozwijało i było śliczną dziewczynką, milczało jak zaklęte. On powiedział nam że jest buddystą i żebyśmy się nie martwili, bo w jego stronach dzieci zaczynają mówić późno, karma nie pozwala ich starym duszom na opowiadanie wspomnień z poprzednich żywotów. Obydwoje słuchaliśmy tego człowieka z szeroko wytrzeszczonymi oczyma. Dziś wiemy, że na Cytadeli spotkaliśmy się z mnichem buddyjskim głęboko wierzącym w filozofię reinkarnacji. Córka zaczęła płynnie mówić dokładnie właśnie w te swoje urodziny o których “mnich” powiedział, że jej mowa zostanie “odblokowana”.
Zdjęcia przeze mnie zrobione, nie pochodzą co prawda z całego parku, a zaledwie z kilku miejsc, za sprawą nagłej burzy która zatrzymała nas w pięknie położonej restauracji w centrum parku. Kiedyś za “moich” dawnych czasów w tym miejscu był mój ulubiony “przystanek” z lodami, frytkami i napojami, oraz palcem zabaw. Dziś to “moje” miejsce niby takie samo, a jednak inne, odmienione i nadal piękne. Nieduża restauracyjka, zatrzymała nas w drodze i zachwyciła. W samym sercu starych murów obronnych posiepanego dziurami po kulach rozkwitał ogród z ptaszarnią pośrodku. Usiedliśmy, rozejrzałam się w okół, a miejsce przypomniało mi o innym parku, takim który odwiedziłam prawie na “końcu świata”, gdzieś w okolicach Bangkoku, było idealnie podobne. Gdyby się nie wychylać w stronę alei ze starymi wojskowymi samolotami, byłoby ten ogród lustrzanym odbiciem tamtego tajlandzkiego parku. Przez chwilę porównywałam obydwa miejsca i analizowałam wrażenia, żeby po raz kolejny, poczuć się jak Santiago z Alchemika, powracający pod swoją Sykomorę i wspominając na czasy rozterek z ciekawości do świata. Zatrzymałam się w niej na dłużej i pomyślałam w duchu; – Ależ tutaj jest fajnie.
A może zatrzymałam się, ze względu na tę ptasią menażerię tuż obok . A może dlatego że córka namówiła mnie żeby tam podjechać i przejść się alejkami parku cytadeli, raz jeszcze. Bardzo przyjemnie i smacznie się jadło w tej restauracji na świeżym powietrzu, w kwiatowej oranżerii, pośród śpiewu różnokolorowych kanarków, słowików i innych wolnych ptaków pośród listowia drzew, obok maleńkich źródełek wody tryskających ze sztucznych fontann. Kiedyś w tym miejscu, ale w zupełnie innych czasach, znalazłam swoją pierwszą w życiu czterolistną koniczynę. Ależ się wtedy z niej ucieszyłam. Cha cha. Miałam nadzieję że przyniesie mi farta, i faktycznie przyniosła.
Polecam to miejsce i tę restaurację wszystkim odwiedzającym Poznań i park Cytadela, dawniej fort Winiary.

Pomnik o bardzo filozoficznym przesłaniu, którego za czasów moich spacerów po Cytadeli jeszcze tutaj nie było, a teraz go odkryłam, po raz pierwszy .

Opis przesłanie jakie niesie ze sobą powyższy pomnik z szarymi koralikami (.. różańca ...) Niby się odbijamy w tej płycie, bo robię zdjęcie, ale jakoś nie mogę dojść do tego, kto jest kim.

Do dziś zachodzę w głowę dlaczego moja najmłodsza córka którą co dziennie zabierałam na spacery po Cytadeli, dostawała napadów paniki na widok tego oczka wodnego nieopodal, tuż za tym drzewkiem. Żadną siłą nie dala sprowadzić się na dół, ani nawet przejść drogą obok. Raz czy dwa próbowałam ją do tego siłą zmusić, wrzeszczała jak opętana. Wywnioskowałam, że moja latorośl, boi się wody i z podroży nad Bałtyk, czy jezioro, będą zwyczajne nici. Nic podobnego się nie stało. Nie bała się ogromnego morza, nie przeraziły ją oceany, ale tego dołka z wodą, bała się jak diabli święconej wody i to bardzo, bardzo długo. Teraz po czasie, tak sobie nad tym rozmyślam. Czy może wydarzyło się w tym miejscu, w czasie wojny coś bardzo strasznego? Np. spalono żywcem tych niemieckich żołnierzy, a teraz na miejscu ognia jest oczko wodne. Cytadela nadal jest jedną wielką zagadką do odkopania. Kopać, ale gdzie ? I co wtedy stałoby się z parkiem, tak szybko po wojnie przez Rosjan zorganizowanym na zwłokach poległych.

"Kamienna komnata" a gdzieś obok, zaledwie kilka metrów tuż, tuż, te mury skrywają nieodkryte wojowników szkielety i piekło ludzkiego dramatu. Na murach do dnia dzisiejszego zachowały się dziury po pociskach tuż obok, goszczących się i szczęśliwych ludzi ; - "nowych ludzi". A życie toczy się dalej, można by powiedzieć że "kołem się toczy" o tak ......... () ()() no prawie.

A burza zbliżała się i była coraz bliżej nas, a my w nadziei że przejdzie bokiem siedzieliśmy sobie spokojni w tym pięknym ogródku

A potem już stoliki złożyli i cała impreza bardzo szybko zamieniała się w utrapienie oczekiwania na możliwość wyjścia z pod parasola. Chwilowo wrośliśmy w to miejsce niczym drzewa
Ryzyko, czy przygoda
Wakacyjne wątpliwości ….
Słuchając dziś rano muzyki, przeglądając teledyski w internecie i filmiki z wakacji przed kolejnymi zbliżającymi się wakacjami, tak zupełnie przypadkowo natrafiłam na nagranie z Hurghady ze Stycznia 2011.
Pamiętam, że kiedy byłam jeszcze taką zupełnie małą dziewczynką bardzo, ale to bardzo pragnęłam doświadczyć jak to jest przekroczyć granicę. Ale żadna z przekraczanych dotychczas jakoś mnie nie satysfakcjonowała. Kiedy byłam mała, bywało, że stojąc tuż przy przejściu granicznym z biało-czerwonym szlabanem z Czechosłowacją, mocno wyciągałam jedną nogę do przodu na tyle ile się dało. To było piękne móc tak choćby jedną nóżka stanąć po tej drugiej stronie granicy na obcej ziemi. Potem to pragnienie jakoś przez dłuższy czas pozostawało w uśpieniu. W dniu w którym przekraczałam na lotnisku we Wrocławiu granicę w drodze do Egiptu, powiedziałam do męża; – No teraz to rozumiem, to jest granica. Marzenie spełnione na setkę do oporu.
(Hurghada styczeń 2011)
Klika godzin przez wylotem do Egiptu zasięgnęłam rady znanego polskiego astrologa. W zasadzie powiedział mi to co już sama o sobie wiedziałam.
- Jest możliwość, że znajdziesz się w sytuacjach związanych z przemocą, albo terroryzmem. Powinnaś jak ognia unikać demonstrujących tłumów, wszelkich podejrzanych zgromadzeń, powinnam się strzec potencjalnie konfliktowych miejsc na ziemi. itp.
Cóż, z aktami terroryzmu to nie jest taka prosta sprawa, żeby je przewidzieć, bo zazwyczaj są totalnym zaskoczeniem dla każdego człowieka. Tym razem jednak stwierdził że gwiazdy na niebie sprzyjają mi i nie powinno być źle. Też to widziałam na “swoim niebie”. Ale warto było wspomóc się okiem niezależnym. A niebo na pustyni Saharze jest nieziemsko piękne. Chyba w żadnym miejscu na ziemi nie jest tak wyraziste nocą.
Gwiazdy i planety, jak świąteczne lampiony zawieszone nad głową, układające się w magiczne konstelacje, widoczne już w samolocie przy podchodzeniu do lądowania. Przez chwilę mogłam się poczuć w tym samolocie, jak gwiezdny wędrowiec zmierzający w kierunku nieznanej planety wprost z gwiezdnego szlaku z odległej galaktyki i innego świata. Nocą na pustyni a miałam tę przyjemność oglądać to niebo, podziwiałam jak Syriusz świecił jasno tuż nad moją głową wraz dobrze widocznym tej nocy Jowiszem, wspólnie byli dobrym omenem dla mnie.
Czyżby wrodzona skłonność do ryzyka, ciekawość nieznanego … ciągnie mnie jednak w miejsca potencjalnie niespokojne. A jakże, chyba tak.
Coś w tym jest, że będąc w Kambodży tak zajęłam się oględzinami miejscowej ludności, spacerami po buddyjskich cmentarzach, robieniem zdjęć, że na poważnie się zgubiłam i ponad godzinę piechtą w 50-stopniowym upale w chuście na głowie w pełnym słońcu, maszerowałam dziką drogą mijając prymitywne wozy zaprzężone w wodne woły i ludzi z wioski, którzy zapewne mieli niezły ubaw widząc jak zasuwam szybko w taki upał. Nie powiem dobrzy to byli ludzie zapewne, bo zapraszali, gościnnie do swoich chatynek na wysokich palach, a ja grzecznie dziękowałam, modliłam się w duchu i pytałam intuicji;
- w którą stronę mam iść.
Kiedy wreszcie udało mi się dotrzeć tam, gdzie powinnam być już od godziny, inni spokojnie popijali wodę i z przejęciem wymieniali wrażenia, a ja rzuciłam się wściekłe; – Dlaczego miałeś wyłączony telefon ?! - A żebyś wreszcie miała nauczkę i przestała tak szwendać. – Nie rozumiesz, że wszędzie się na ciebie czeka. – A co jakby cię ktoś tu porwał albo zabił w tej wiosce, przecież nie jesteś na Mazurach, ale w Kambodży. Skwitował.
Sama nie wiem czy ta nauczka na coś się zdała , bo czy to nie jest oczywistą sprawą, że, żeby zrobić fajne zdjęcie, albo zobaczyć coś ciekawe, to trzeba się trochę poszwendać bocznymi drogami /wspak/w poprzek/ ale nigdy nie na wprost. Tak, tak. Inaczej się nie da.
Sahara safari. Egipt 28 styczeń 2011
/FILM/
Któż z was, kto był w Egipcie nie przejechał się na wielbłądku, nie przeżył uroczego safari po pustyni Saharze, jeepami, autokarem, chyba nie ma takiego turysty ?
Piechotą chyba żaden się nie odważył …?
Nudą powiewa od tej pustyni, tyle tego jest na YouTube.
- A, byłeś na safari, po pustyni, też tam byłem i te placki na wielbłądzich kupach wypiekane próbowałem.
Ale tym razem wszystko było inaczej, niby tak samo a jednak inaczej
Podmuch rewolucji docierał z nad Kairu. Wdzierał się i do innych miast kurortów Egiptu niczym huragan odbierając błogi spokój wypoczywającym tam turystom, aż dotarł na pustynię i wdarł się do ludzkich głòw siejąc w nich zamęt jakiś i nieokreślony niepokój.
Co innego wybrać się na Saharę w stanie wojennym długotrwałym zasiedziałym, że aż normalnym, a co innego w dziejącą się właśnie egipską rewolucję
I buszować po pustyni z adrenaliną i trwogą na karku, zerkać czy ci Arabowie upchani za kierownicą jak śledzie w beczce, że siedzący sobie prawie na kolanach, nie są namówieni, żeby nas wywieźć na pustynię pojmać i wykorzystać jako kartę przetargową w negocjacjach o ustąpienie Mubaraka ?
Ależ mam wyobraźnię, ech.
Oczywiście to żart. Egipcjanie może i porywczy są, ale kto by kastrował kurę znoszącą złote jaja ? Są porywczy marsowi, ale nie głupi.
I tak się sprawy potoczyły, że;
Zamiast spacerów po królewskich uliczkach starożytnych dolin królowych i królów, oraz kontemplacji wysuszonych mumii i drogocennych sarkofagów, było coś w sam raz dla mej drugiej męskiej marsowej połowowy.
Ależ ten “facet” we mnie ucieszył się z takiej zamiany.
Uskrzydlony, a raczej zmotoryzowany Animus czuł się nad wyraz dobrze w tej sytuacji.
Mój Mars w Bliźniętach ( dom 9), był kontent z zamiany. Wiadomo, że z takim położeniem Marsa kocha się solidne, mocne uderzenie, nagłe, nie wiadomo skąd nacierającą zmianą.
Piach, kurz, wiatr to było to czego jemu było trzeba.
I jak tutaj nie wierzyć, że dobry los zawsze wie czego dusza najbardziej potrzebuje : -)
Safari Sahara 2 lutego 2011
Egipt / 2011 turystycznie i z humorem / Film
/FILM/ Jak w podroż dookoła świata, albo do Egiptu, to polecam wyłącznie z biurem podróży. Moc atrakcji murowana, koniecznie zobacz mój film, a sam się przekonasz ; -)
Bezpieczeństwo gwarantowane, obsługa idealna, przewodnik biegnie przed nami z wyciągniętą ręką i mówi po niemiecku ( nic nie szkodzi, rozumiemy go).
Bez żartów.
Jeśli nie masz siły słonia, odwagi co samym spojrzeniem z nóg powala, partnera wysokiego na dwa metry, silnego jak koń i sprawnego jak małpa, zdecydowanie polecam tobie podróż zorganizowaną i bezpieczną.
Burza nad Afryką
/FILM/Drogę wskazywało nam boskie słońce, żeby prawie nad samą Afryką zmienić zdanie, zrobić sobie nocną przerwę i straszyć błyskawicami w chmurach na wysokości 10 tys km. Matko jedyna, jak ten samolocik musiał wyglądać po zewnętrznej stronie ? Chyba jak łupina od orzeszka miotana wte i w w tamte, wstrząsami wkurzonego powietrza napierającego na nas z rozgrzanego do czerwoności Kairu. To się nazywało powitalnym afrykańskim oddechem i nadzieją na pozytywny ciąg dalszy.
Patrz na znaki, tak pisze w swojej książce “Alchemik” Paulo Coelho. To nie był dobry znak. Tylko to słońce na starcie tak pięknie zachęcało do lotu. W tamtej chwili na serio pomyślałam, że czeka mnie los Santiago, bohatera z Alchemika i każą mi tam pod tymi piramidami dla siebie grób kopać. A jak jednak wrócę, to Bóg powie do mnie pod tą “sykomorą” na znajomym pastwisku ; – Ależ kochana wcale cię nie oszukałem, czyż piramidy nie były piękne i warte trudu przygody, no sama powiedz?
A niech go,… pomyślałam, to nie życie, a test sprawnościowy jakiś, albo zasadzka za zasadzką.
- A wiesz mamo. Słyszę głos córki. – Że to niebo i ten samolot, to jak ta twoja Wieża w tarocie. A my siedzimy wewnątrz tego samolotu, w środku, jak w tej Wieży z kart. Krzyczy do ucha, bo samolot strasznie warczał.
- Daj ty dziecko spokój, jaka wieża, to tylko obrazek ?!
A było tak.
- Proszę państwa tu wasz kapitan, proszę zapiąć pasy wchodzimy w strefę turbulencji, po lewej stronie widać chmury burzowe.
O matko jedyna, spojrzałam przez to okienko i z początku myślałam, że się światło na skrzydle włączyło jakoweś, albo ufo nadlatuje ? A tu masz babo placek, burza w samolocie. Tego jeszczeż nie przeżywałyśmy. Od razu przyszedł mi na myśl ten Airbus co wracał z Brazylii. Jedna wersja sugerowała, że przyczyną jego katastrofy był piorun.
Tak już sobie po cichutku, do Opatrzności zagadałam w duchu. – Czy aby nie za dużo jak na jeden raz Ty mi sensacji fundujesz ? – W Egipcie rewolucja, a wyjazdu odwołać się nie da, ferii przesunąć też nie, lata do Polski sprowadzić, a na niebie noc i burza. I ja w maleńkim samolociku, lecę taka bezbronna z dzieckiem i niebieskim pluszakiem zamiast męża ? Zlituj się o Kimkolwiek Jesteś ! I się zlitował. Tym razem.
Kliknij w zdjęcie Sticha zobacz więcej (rysunki ulubieńca w wykonaniu najmłodszej pociechy )
Egipt. Bezpieczeństwo, pieniądze, czy coś innego jeszcze … ( Wnuki moje czekajcie na babci opowieść)
EGIPT/ Kto by to przewidział, że tak się potoczą okoliczności akurat dla tej podroży, do Egiptu ? Z początku bałam się tam pojechać, jak to kobieta polecieć sama do kraju arabskiego, potem bałam się już coraz bardziej, a napięcie wzrastało z dnia na dzień, żeby przy bramkach na lotnisku, usłyszeć głos rozsądku; Masz wybór.
To chyba najgorsze co mi się mogło przytrafić: - Wybierać !
Większość turystów która miała tę przyjemność, żeby tak jak ja wstrzelić się w rewolucję, wiosnę ludu arabskiego, przewrót Nilowy itd. Zastanawiała się jak odzyskać swoje pieniądze za nie najtańszych pobyt, zważywszy, że ludzie wylatywali całymi rodzinami. Dla nie których była to podroż życia, pierwszy raz samolotem, na kontynent inny niż Europa, a tu masz babo placek, Rewolucja ! Do łez rozbawiało mnie apelowanie do Polaków, żeby się już do tego Egiptu nie pchały, że takie to nie odpowiedzialne ludzie, co oni wyrabiają.
A ja się pytam ? Czemu w takim razie nasz premier i MSZ nic nie wspomniało o tym, że biura podroży przy rezygnacji, na dzień przed zwrócą “Kowalskiemu” z 5 procent tego co zapłacił ? Wiadomo, że ludzie którzy wykupili wczasy w Egipcie dla pięciu osób, po 3 tys od głowy, mieli potężny zgryz;
- Co robić, a może to chwilowe, w końcu w Arabii tłuką się codziennie ?!
Mnie takie wybory nie dotyczyły. Po pierwsze trafiła mi się “okazja” za połowę tego co inni płacili za tydzień pobytu, po drugie, było nas tylko dwie, a po trzecie, jedyny wybór jaki mnie męczył to wyłącznie, czy zostać w naszej zimie, czy jednak skusić się egipskim latem, pustynią, morzem z rafą i rybami, dobrym jedzeniem w kilku restauracjach w cenie biletu wejściowego, kwitnącymi przyhotelowymi ogrodami i super wypasionym Aqua Parkiem. To były moje wybory. Pieniądze ? Cóż i tak przepadły. Przecież już je wydałam bezpowrotnie, nie było więc żadnego wyboru, poza: Lato i rewolucja w Kairze, nie w Hurghadzie, czy spokojna zima przy kaloryferze, przed komputerem i z książką na kolanach z widokiem na oblodzoną szarą rzekę, z ponurymi badylami wyrastającymi z brzegu. Ot i był dylemat. Straszny. Wybrałam chciwie, wybrałam lato. Kocham lato, urodziłam się w gorące lipcowe południe. Po raz kolejny przeżyć lato w zimie, rozebrać się z ciężkiej kurtki i wełnianej czapki, w ubranka bez rękawów, w klapeczki zamiast kozaków z kożuchem, i zanurzyć się szmaragdowym morzu czerwonym, wyjątkowo ciepłym w tym roku, 28 stopni : )
Wybrałam Egipt, nie żałuję, nie żałowałam, choć miałam chwilę załamania na miejscu, gdybym się do tego nie przyznała, skłamałabym. Gdy któregoś wieczoru po kolacji zobaczyłam kilku policjantów z miasta przy basenie, w czarnych egipskich mundurach z bronią, a w wieczornych wiadomościach usłyszałam, że uzbrojeni kryminaliści Arabowie uciekli z kairskiego więzienia ta wiadomość dopełniła swego. Wstrzeliła się we mnie niczym pocisk, w samo centrum paniki. Z wyobraźni powiało grozą i autodestrukcyjnym pędem zmierzającym ku samozagładzie, zanim cokolwiek mi zagrozić miało, serce i głowa szarpały jak oszalałe. Poczułam się niegodziwie. Żeby z kraju spokojnej egzystencji wybrać się na wojnę i to nie sama, a z dzieckiem!

uprowadzona
Cóż ja sobie takiego wyobraziłam ? Wszystko co może spotkać kobietę z dzieckiem w arabskim świecie i choć zza okna dochodziły do mnie dźwięki przyjemnej spokojnej muzyki i śmiechy turystów, moja dusza szalała. Tytanic ożył w mojej wyobraźni, odprężeni ludzi przy barze jawili mi się jako nieświadomi zagłady wariaci. W pewnym momencie przyszło mi na myśl, że może by zafundować sobie jakieś antidotum, kupić talizman , jakieś oko Horusa, czy krzyż Nilu ( tonący brzytwy się chwyta). Wyszłam, żeby uspokoić nerwy i traf chciał, że rzucił mi się w oczy muzułmański medalik, z półksiężycem i gwiazdą. Weszłam żeby zapytać ile kosztuje, choć i tak wiedziałam, że go nie kupię, bo zafundują mi cenę jak za sztabę złota. Weszłam zapytałam i usłyszałam;
- Pany to ne jest zoto, ale sie nie scierac sie, tano jak w bedronce, tylko 5 dolarów.
No szok, tak tanio i jak w Biedronce ; ) To tylko brać i po sprawie.
Podczas gdy ja szukałam kasy, jakiś wielki facet za mną odezwał się po polsku ; – Niech mu pani nie daje więcej za to niż 3 dolary !
- No targuj się kobieto, to przecież szajs, nie złoto.
Kupiłam więc talizman za 10 zł, wróciłam do pokoju i zawiesiłam go na łańcuszku, a potem na szyi, nie wierzyłam, ale postanowiłam mieć coś na pamiątkę. Minęła noc i panika ustąpiła miejsca dobremu humorowi. Rano, jakbym to nie ja, ale kto inny w moim ciele się obudził. Czy ja wierzę w moc talizmanów ? I tak i nie. Coś w tym jest, będąc w kraju muzułmańskim pomódl się do Allacha. Ja tak zrobiłam, a nawet wracałam przy dźwiękach południowej modlitwy.
Specjaliści od ezoteryki nazwą to podłączeniem się do regionalnego Egregora – ducha tamtejszej wspólnoty. Ponieważ jestem agnostyczką, czasowe przejście na Islam, przyszło mi bez trudu.
Wakacje Po nowobogacku
EGIPT/ Okiem Turystki hotelowej
Podobał mi się ten hotel, piękny był i idealnie taki jak filmowy Titanic, z maleńką różnicą, że ten pływał sobie po pustyni egipskiej na której brak było co prawda gór lodowych, za to trwała rewolucja. Daleko od niego, ale któż mògł przewidzieć kiedy mogła nadejść ta niespodziewana fala przemocy z Kairskich ulic, albo brak w dostawach picia i jedzenia. A pustynia Sahara, to jak morze, tylko wysuszone. Tu i tam zderzenie się z “górą lodową”, jest bardzo niebezpieczne.
Przyznam się, że zamiast pławić się w egipskim słońcu i dawać nurka na rafie ( cudna w tym miejscu) szukałam drogi ewakuacyjnej . I przychodziło mi do głowy kilka pomysłów. Pierwszy, żeby uchodzić na pustynię w męskim przebraniu. Drugi, żeby przebrać się za muzułmańską kobietę. Trzecim, były oględziny różnych przyhotelowych zakamarków. A ostatnim telefon do ambasady “zabierzcie mnie stąd helikopterem i to szybko”
Swojego dopełniła moja ciekawość, narażona co prawda ryzykiem kosmicznego rachunku za telefon komórkowy, ale co tam, w końcu gra toczyła się o moje życie. Weszłam więc na moment do sieci, i poczytałam sobie, co też na nasz temat wypoczywających nad morzem Czerwonym piszą w komentarzach, zatroskani o losy turystów, kochani rodacy.
To czego się doczytałam kosztowało mnie połknięcie tabletki na uspokojenie ( prawdziwej, nie kropelek z walerianki).
A w komentarzach pod “Bezpieczeństwo Polaków” było napisane mniej więcej tak;
- A niech was tak nowobogackie dla przykładu z 1000 wytłuką.
- I zaraz te bogate cwaniaczki, będą żebrać, Arabie zlituj się nie zabijaj !
I jeszcze kilka innych, aż mi żołądek pod gardło podszedł z samego czytania. Tak wchłonęłam ten jad. Wrażliwa jestem, dlatego.
Dziś sobie tak myślę skąd w was ludzie tyle pogardy dla kogoś kto co prawda nie ma bogactwa w postaci, zdrowia po dziadku koniu i nie ma 20-30 lat, ani wielgachnego chłopa przy sobie, a na przykład rozrusznik serca, nadciśnienie, albo jest kulawy, żeby pojechać sobie tanio, stopem z plecakiem ?
Zastanawiam się ilu z tych, co tak źle życzą rodakom w podroży zorganizowanej, gdy już ich już będzie stać na te wymarzone wakacje, nie tylko że nie pojadą, ale jeszcze i powiedzą tak;
- Nie pojadę, jak nie mogę z plecakiem dookoła świata i na motorze albo stopem, to wcale nie pojadę, bo na wczasy to żenada jechać. Choćbym i uczciwie zapracował na ten wyjazd do hotelu, nijak nie mogę tego uczynić bliźniemu swemu, nie pojadę, a jak już to wymknę się cichaczem, nikomu o tym nic nie powiem bo to przecie obciach, nie.
A kim jest tak zwany polski nowobogacki ? A iluż to mamy w dzisiejszej powojennej Polsce arystokratów, rasowych z błękitną krwią, nie z pod strzechy wiejskiej, nie z robotnika i z chłopa, tylko z Radziwiłów, Potockich itp. Takich z dziada pradziada dzieci szlachetnie urodzonych inteligentów, co mogą o sobie powiedzieć;
- Ja nie jestem nowo – wzbogacony, cokolwiek posiadam, płynie w moich żyłach jak rzeka szmaragdowo-błękitna, i majątek i inteligencja i kultura we mnie nie nabyta, tylko staro-zubożały szlachcic jestem, przez sowietów okradziony i polską komunę zatracony ? Ilu takich mamy? Pewnie z 80 procent Polaków…to dzieci przedwojennej inteligencji ?
Mój na przykład dziad zwał się K …..cki , w jego żyłach płynęła prawdziwie błękitna krew z dziada pradziada, tyle, że jak zostawał moim dziadem, to może szlachcicem był, tyle, że zbankrutowanym, zatraconym do ostatniego złotego grosza. Nie ma czego żałować, bo socjalizm też by go złupił, a tak został normalnym obywatelem, a ja dostałam nowy start. Według oficjalnej rodzinnej wersji, zbóje go napadli i okradli gdy cały swój majątek wiózł w szkatule, żeby kupić jakąś kamienicę w Warszawie, po drodze i wszystko zabrali. Nie ważne, szczegół, dziś liczy się to nazwisko dziada w moich papierach, a owo pochodzi od samego generała Kawalerii Polskiej, który pod Warszawą dzielnie walczył jako ułan i w historii się bohatersko zapisał. Mam więc kilka mililitrów błękitnej krwi w żyłach, nie wymyślonej, a autentycznej, po matce i babci, bo od ojca z kresów mam.
A dlaczego to Rosjanie są tacy chamscy, nacjonalistyczni i nowobogaccy, wywyższają się ponad swoje moskiewskie pałace kultury, któż zgadnie?
A trzeba zgadywać?
Powodem są kompleksy narodowe spowodowane tym, że każden z ich ma przodka takiego, co koniem wjeżdżał do carskiego pałaców i bąki puszczał w butelkę, ku uciesze zgorszonej arystokracji. To nowe pokolenie Rosjan Putina, ma tego pełną świadomość, że kolorowe ciuchy z najlepszych materiałów, drogie perfumy, pieniądze to jeszcze za mało, żeby odbudować wizerunek narodowy, choć zdawałoby się, że wystarczy mieć, żeby kimś być. Jako naród Rosjanie, którzy przez ponad 70 lat trwali we wspólnocie PGR-ów w której nie można było być równiejszym, od równiejszego, dziś cieszą się jak dzieci z posiadania czegoś na własność. Proste to i takie wkurzające. Samo życie. Gdyby nie nasze diabły wewnętrzne, pazerne i zawistne, wszystkie te podziały finansowe, nie byłyby potrzebne. Gdybyśmy na ziemi potrafili cieszyć się wspólnie, budować wspólne “niebo”, żadna rewolucja nie była by potrzebna, a słowo “wojna, rewolucja” zniknęłoby ze słowników i podręczników do historii.
Czy były to niebezpiecznie wczasy, albo ile nierozsądnych rodziców wywiozło swoje dzieci na rewolucję ? Poniżej na króciutkim filmie.
Oczywiście ja tam byłam tylko w pracy. Ale to już historia na inny post.
Podobał mi się taniec tego pana i ogólny luz na statku. Zarówno u załogi jak i pasażerów Titanica.
Orkiestra grała do końca.
Rewolucja w Hurghadzie
Powrót z “rewolucji”
EGIPT/ POWRÓT / MODLITWA/ FILM / Poniżej w drodze do samolotu, przy dźwiękach modlitwy płynącej z głośników autobusu i wtórze zadowolonych turystów. Ot i nastroje rewolucji i zagrożenia / Aisha/.
Był spokojny, tłoczy i widowiskowy. Na lotnisku czekała na nas ekipa TVN 24. Nie uniknęłam kontaktu z bystrym okiem kamery, tak w jedną, jak i w drugą stronę.
A jak było na miejscu ?
Absolutnie wszystko było pod kontrolą zwolenników prezydenta Mubaraka, czyli bezpiecznie. Ludzie chcą zachować pracę, świat im się wali, dotychczasowy spokojnie płynący dobrobyt nagle zostaje zaburzony. Hotele opustoszały. Przerażeni właściciele błagają o rekomendację, o powrót do ich hotelu i polityczne wsparcie.
I tak sobie myślę, po której stronie barykady miałabym się ustawić ? Trudne, bardzo trudne pytanie.
Dzisiejszego dnia widzę jeszcze tamten świat, słyszę arabskie głosy, nerwowo zerkające oczy, lotnisko, wodę mineralną za 3 dolary, ciastko za 6 dolarów. Na lotnisku w Hurghadzie jedni Arabowie pośpiesznie wysprzedawali swoje kramy za bezcen, a inni próbowali “okraść” turystów sprzedażą podstawowych produktów spożywczych, zazwyczaj kupowanych, na tak zwaną ostatnią chwilę, cenami z kosmosu, bez ceregieli z braku czasu na targowanie się.
Dzisiejszego dnia jeszcze mnie tutaj nie ma, choć coś niecoś piszę, wychodzi zmęczenie, odchodzi stres, zwalniam obroty, myślę ” co mogłoby być, a nie było” , analizuję i podsumowuję, to z czym los mnie skonfrontował. Piekła nie było, rewolucji w Hurghadzie też nie było, tylko opustoszałe ulice, za to wszystko przeniosło się, do wewnątrz mnie, tam rozegrała się straszna bitwa. To kto z kim walczył i o co, pozostawię swojej prywatności, ale można się domyślać. Po prostu, konfrontacja ze słabością, poczuciem winy i strachem.
Ludzie na miejscu, świetnie się bawili, zero stresu, czy jakiegokolwiek niepokoju. Z początku zastanawiała mnie ta beztroska, żeby po jednym, góra dwóch dniach, samej stać się równie “beztroską” . Gdyby nie to, zmarłabym tam na zawał serca, może udar, w pokoju hotelowym z pełną lodówką coca-coli i dobrostanem pod nosem.
Dużo rozmawiałam z ludźmi, mam na myśli miejscowych Egipcjan, wykorzystałam każdą chwilę i sposobność, żeby się czegoś więcej dowiedzieć, zrozumieć co się teraz z nimi dzieje, jakie są, nie tylko ich nastroje polityczne, ale i pewne przekonania, niemalże “wrośnięcia” w ten dobrobyt, w przyhotelowej luksusowej rzeczywistości. W Egipcie są dwie podstawowe kategorie ludzi, wybrańcy i jest hołota, a ta dzieli się na jeszcze mniejsze grupy i podgrupy. Weźmy choćby zarobki w hotelu? Kształtują się od 30 dolarów dla tych co mają kontakt z turystą i mają bakszysz, do 10tysięcy dolarów, tych na zapleczu.
A z drugiej strony, heh, normalność w ludzkiej egzystencji; bogaty- biedniejący – ubogi – żebrak – dostający jałmużnę, – dostający pracę, wzbogaca się, bogaci się – jest bogaty – jest coraz bogatszy – dostaje “cukrzycy” – trafia go ślepy los – biednieje. itd ……..itd.
I nigdy się chyba nie zdarzy, podzielenie po równo, to utopia…. Płynie krew, walą się jedni, nastają drudzy. Koło fortuny się kręci bezustannie, koło samsary; jeden traci, drugi się bogaci w nieskończoność ten sam los.
Egipt, magia podczas zmieszek (2011)

Piękny widok, lecz tym razem postaram bardziej skupić się na odczuciach niż widokach, zobaczymy jak będzie tym razem ...
Piramidy ustawione są zgodnie z położeniem trzech gwiazd w Gwiazdozbiorze Oriona , Alnitak, Alnilam i Mintaka, owe gwiazdy dokładnie odpowiadały położeniu trzech ( obecnie na skutek precesji ziemi, już nie) piramid na płaskowyżu w Gizie. Te trzy gwiazdy w pasie Oriona, są błękitnymi nadolbrzymami, których masa i ciepłota znaczenie przewyższa wielkość i gorącość naszego słońca .
Położenie piramid w Giza odpowiada położeniu pasa Oriona ok. roku 12.100 p.n.e. i wszystkie trzy budowle należy traktować jako całość, nie doliczając do nich później dobudowanych piramid królowych i piramid w Sakkarze, chociaż oficjalnie tamte piramidy schodkowe w istocie wybudowane w celach nagrobnych, są o wiele młodsze, od tych w Gizie.
Jeśli oficjalna nauka myli się, aż o 10.000 lat, to jest z nią bardzo nie dobrze.
Nie chcę wariować, ale z początku źle się czułam pod tą piramidą, a wręcz nie mogłam patrzeć w jej stronę. Spoglądając na nią doświadczałam dziwnych zawrotów głowy, szumu w uszach i czegoś co mogłabym porównać do uderzenia w moją głowę, strumienia światła z silnym dźwiękiem o bardzo niskich częstotliwościach.
Pod piramidami w Meksyku, które miałam okazję zobaczyć wcześniej, dotknąć i wspiąć się na ich szczyty, a które według mojego odczucia już nie pracowały i zakończyły swoje zadanie dawno temu, były “martwe”, nie doświadczyłam niczego podobnego, chociaż, piramidy w Coba, czy Chichen-Itza, robiły niesamowite wrażenie, ale bardziej jednak jak muzeum, nie “coś żywego i aktywnego”..
Czego nie mogę powiedzieć o piramidach na płaskowyżu w Gizie, byłam niemalże zaskoczona reakcją własnego umysłu. Kilka osób pochwaliło się podobnymi objawami i dziś wiem nawet co mgło być tego przyczyną. Ponoć piramidy wybudowano na skrzyżowaniu prądów ziemi, coś jak akumulatory, a nie grobowce, które magazynują w tych miejscach energię i zwiększają aktywność pola elektromagnetycznego.
Być może tak jest, a być może nie jest ?
Na temat piramid ich pochodzenia, zastosowania i użyteczności od lat trwają zaciekłe spory, co nikogo dziś już nie zadziwia, poza samymi budowlami. Ach gdyby tak kamienie potrafiły mówić ? Może potrafią, problem tkwi nie w tym, że nie “mówią”, ale, że my nie potrafimy podłączyć się do technologii “starożytnych” i odczytać tego co mogły by nam przekazać. Dziś jest podobnie, już wkrótce może okazać się, że nie będzie na czym odtworzyć kaset VHS. Ja oczywiście mam na ten temat własną, teorię, intuicję, i z całą pewnością wiem, że piramida Cheopsa, nie jest i nigdy nie była grobowcem, żadnego z Faraonów.
Nie trzeba się wiele wyobraźni, żeby domyśleć się, że każdy kolejny władca kraju nad Nilem, wielki i coraz to potężniejszy wystawiał by dla siebie równie potężny grobowiec, jak nie potężniejszy. Ale na pewno nie mniejszy, i coraz mniejszy, aż w ostateczności zmienił by wielki grobowiec na kryptę w zwyczajnej naturalnej skale. Miejsca w Egipcie nie brak, wszędzie jak okiem sięgnąć tylko pustynia, więc, skąd taka degradacja ? Odpowiedź jest prosto banalna, kolejni władcy z nad Nilu, pozbawieni wsparcia technicznego, którym dysponowano za czasów budowy piramidy Cheopsa, nie potrafili wybudować równie okazałego obiektu, zresztą nie tylko oni, bo i współcześnie nie wiemy jak tego dokonać.
Piramida Cheopsa pozbawiona jest niemalże wszystkiego co towarzyszyło królewskim pochówkom, brak wewnątrz malowideł, kartuszy, hieroglifów, poza “sarkofagiem”, który według mojej oceny, nigdy nim nie był.
Owa kamienna kadź, być może miała zupełnie inne zastosowanie? Była zbiornikiem na ciecz, czegoś z rodzaj kwasu, roztworu, elektrolitu, której zawartość wykorzystywana była poprzez inne oprzyrządowanie dziś już tam nie istniejące i wchodziła w reakcję z gazem, który uwalniał się w szybach podczas aktywnej “pracy” tegoż czegoś.
Według mojej oceny, stojąc dostatecznie blisko piramidy, czuję się ją, jako nadal pracujący na spowolnionych mocach, potężny akumulator energii, nie mający nic wspólnego z przypisywanymi im funkcjami sakralnymi, czy magicznymi. Acz jestem pewna, że co wrażliwsi mogą doświadczyć w tym miejscu tzw. wizji, ze względów na zwiększoną emisję prądów ziemi i pola elektromagnetycznego wpływającego na ich układ nerwowy.
Wspominając na ekspozycję ogromnych monumentów przedstawiających różne bóstwa wykute w kamieniu, z głowami ptaków, kotów i innych zwierząt posiadających kartusze określonych władców z różnych dynastii panujących w Egipcie za czasów starego państwa, trzeba uwzględnić poprawkę na to, że wraz ze zmianą kolejnych władców, każdy z nich zacierał działalność poprzedniego, jak w przypadku Totmesa III i Hatszepsut.
Jest prawie możliwe, że owe posągi nie są dziełem artystów, czy rzemieślników ze Starego Państwa i nie przedstawiają władców z kartuszy, ale, że są znacznie starsze, tak jak i sam Sfinks, którego głowa jest mniej skorodowana niż jego ciało, a który być może wcale nie był lwem z głową człowieka, ale Anubisem, bogiem z głową psa, szakala, strażnikiem umarłych – przy czym “umarłych” może oznaczać taki stan w którym człowiek wyglądał by jak nieżywy, podczas kiedy byłby na przykład w stanie hibernacji.

Ten pan w czerwonej koszulce który wybiega z rogu zdjęcia, był tak nieostrożny, że oddał swoją córkę arabowi na wielbłąda, a sam pędził za nimi, chyba poniewczasie zreflektowany
Wszystko się dobrze skończyło, ale ...

Wiele tysiącleci przed Chrystusem, okoliczne ludy pustynne podejmowały się prób podbicia starożytnego Egiptu, kiedyś udało im się to połowicznie, obecnie ludy pustyni Arabowie, Beduini i inni, pilnie strzegą tajemnic, pogrzebanych, być może na zawsze pod piaskami pustyni głęboko we wnętrzu ziemi, lecz nie są potomkami starożytnej społeczności która wzniosła piramidy i rzeźbiła zagadkowe posągi. Tak jak zamieszkujące dżunglę meksykańską obecne plemiona Majańskie, nie są Majami, którzy wznosili piramidy.
Zakhyntos na plaży
/ZAKHYNTOS/ U Świętego Mikołaja
Co prawda to nie było w grudniu i nie w Mikołajki, ale będąc na tej plaży w sierpniu czułam sprawę mikołajkowych prezentów, za zamkniętą. Pięknie było pobyć tam, na tej plaży, polenić się i wygrzać w greckim słońcu, to tak jakby w środku lata dostać prezent od Św. Mikołaja, nie jakieś tam “coś”, przedmiot, upominek, ale całe morze i plażę z kościołem. Nie można tego prezentu ze sobą zabrać, oczywiście, poza kilkoma zdjęciami na pamiątkę, ale można powspominać do samej starości, gdy smutno, gdy za oknem ziąb i mróz, w łóżku grypa, a w nosie katar.
Miałam przyjemność w tym roku pokąpać się w kilku innych pięknych morzach na świecie, ale woda w zatoce Św. Mikołaja urzekła mnie i stwierdzam, że jest wyjątkowa.
Zatoka oprócz walorów naturalnych, czyściusieńkiej wody, pięknej plaży, ma jeszcze jeden atut – sakralny. Zaraz nieopodal morza szmaragdowego, na skałach stoi kościółek pod wezwaniem patrona zatoki Św. Mikołaja.
Szczególnie więc polecam tę plażę ludziom głęboko wierzącym i praktykującym.
To jedno z niewielu miejsc w którym można mieć przyjemność, zarówno skorzystania z bogactwa szmaragdowej i wręcz niebiańskiej aury oraz doznań religijnych. Widok kościółka wprost z plaży, czy z morza i dochodzące z niego modlitwy i śpiewy wiernych oraz głośno dzwoniące dzwony, są prawdziwie mistycznym przeżyciem.
Oczywiście mam tę świadomość, że w kościele prawosławnym adoracja i kult Św. Mikołaja są nieco inne niż obchodzenie naszego Mikołajowego święta z 6 grudnia. Tamten święty, nie jest postacią wymyśloną z bajki, nie ubierał się na czerwono jak krasnal, nie mieszkał na biegunie i nie latał z reniferami, ale był zwyczajnie, człowiekiem, jak i my, żył dobrze, umarł godnie, a za swoje bogobojne i cnotliwe życie został po śmierci uznanym za świętego.
Mikołaj był poważnym i dobrym biskupem, serdecznym człowiekiem, który nie jednego desperata uratował przed życiem w nędzy, albo staropanieństwem z braku posagu, czy morską katastrofą, bo jest Św. Mikołaj przede wszystkim w tej zatoce patronem marynarzy, nad którymi sprawuje pieczę i troszczy się o ich szczęśliwe powroty z morza do domu.
Tak czy inaczej, być na plaży św. Mikołaja to jak otrzymać prezent z nieba. Dlatego też sprawę tegorocznych Mikołajek, po wykąpaniu się w tym morzu i wygrzaniu na tej plaży uważałam za całkowicie zamkniętą.
Okres szkolny i Mikołajki, wspominam źle. Miałam w dzieciństwie jakiegoś dziwnego niefarta do wylosowanych na loterii prezentów. Rok w rok dostawało mi się coś tak nie ciekawego, jak książka o budowie kwiatostanu , albo układanka, ale taka dla chłopczyków, szaro-bury samochodzik z plastiku w wielkości 2 cm, który za nim go złożyłam do kupy rozpadł mi się w rękach.
I wszystkie Mikołajki, jak jedno wielkie “Nie kocham cię”, zawsze takie samo z prezentem z przeceny, aż zaczęłam podejrzewać, że albo Mikołaj mnie nie kocha tak jak innych dzieci, albo wcale go nie ma. Trudno nie być rozczarowaną gdy inni przytulają do siebie miękkie pluszaki a ty wciąż masz czytać, albo składać mikro-układankę.
Tak więc co roku spoglądałam podejrzliwie w niebo, wciąż z tym samym pytaniem; – Dlaczego ?
Jednak którejś zimy Mikołaj przypomniał sobie o mnie i szczodrze obdarował, za co mu jestem stokrotnie wdzięczna, bo przede wszystkim najbardziej na świecie kocham morza.

Bardzo stara oliwka, nieopodal zatoki Św. Mikołaja. Drzewa oliwkowe na wyspie Zakhyntos były wyjątkowo magiczne.
Wyspy Zielonego Przylądka
WYSPY ZIELONEGO PRZYLĄDKA /DUCH PUSTYNI / 2008/ Żeby doświadczyć pustyni wypadałoby się wybrać się do Egiptu, jak zrobił to Santiago z “Alchemika” Paula Coelho, ja jednak nie wybrałam sobie tej akurat pustyni egipskiej dla swego ducha, a raczej to mój duch jej sobie nie upodobał, chociaż tam byłam, na tej pustyni i fajkę wodną paliłam i na wielbłądku się przejechałam z dwa razy. Lecz pomimo to, że pustynia egipską była i magiczną, jak dla mnie nazbyt “jarmarczną” jej część zobaczyłam, żeby poczuć w niej ducha – ducha mej pustyni.
Urodzona Caboverdyjka, duch Afryki, życie we Francji, Madame Cesaria Evora.
Kocham jej głos i wykonania różnych starych klasycznych standardów, a i piosenki o Afryce, czy Brazylii mnie rozmarzają. Jest wprost idealnie brzmiąca, na długie zimowe i jesienne wieczory, gdzieś w romantycznej kafejce, może w Paryżu, a może w Poznaniu, albo, gdziekolwiek indziej, byle z nią i jej muzyką i z płomieniami świec w koło siebie, z dobrym winem na stole i nie banalnym towarzystwem u boku.

Cudowne i dzikie Salinas, wygasły krater wulkanu, po brzegi wypełniony kryształami soli. Fajnie było tak unosić się w słonej wodzi i robić sobie peeling solą z dna wulkanu.
A duch pustyni to taki stan w materii gdzie nic tylko cztery żywioły w okół ciebie tańczą, pod tobą nad tobą i przed tobą, żadnego człowieka jedynie kilometrami ciągnące się połacie piachu, nad głową rozgrzane słońce, najlepiej południowe i pod nogami sucha ziemia zapiaszczona gdzieniegdzie jakimś “zielem” urozmaicona, zawsze tym samym, zielem wytrwałym.
Francja Antibes i Marineland
Z cyklu; turystycznie Marineland i Antibes, południe Francji
Pierwszy raz w życiu wybrałam się do fokarium na Helu, jednak nie udało mi się zobaczyć żadnej foki poza ich wodnym przemykaniem po dnie basenu. Ludzie biegali z jednego miejsca w drugie żeby zobaczyć choć fragment ich wąsatego pyska, a foki pływały jak łodzie podwodne, co jakiś czas wyskakując i dając natychmiastowego nura pod wodę, uciekając na widok nadlatującego i głośno tupiącego o drewniane deski pomostu tłumu ludzi. Ponoć można je tam pooglądać i nacieszyć oczy w godzinach ich karmienia i spotkania z opiekunami, mnie jednak ominęła ta przyjemność.
Po pierwszym nieudanym spotkaniu z fokami, tym żywiej zareagowałam gdy po raz pierwszy zobaczyłam je w Loro Parku na Teneryfie, a niedawno w Marylandzie w okolicach miasta Antibes we Francji.
Mogłam godzinami stać w słonecznym spieku i podziwiać ich życie sympatyczne pyszczki i wodne akrobacje. Jest w fokach coś bardzo miłego. Pomimo pozornej ociężałości, a nawet wytłuszczonej niezgrabności, emanują niepowtarzalnym wdziękiem; na mordkach mają pocieszne urodziwe wąsiki i śliczne maślane oczęta, wbrew pozorom są bardzo szybkie, poruszają się zwinnie, a przyspieszenie w pływaniu mają lepsze od delfinów.
Pośrodku stadka które obserwowałam, przebywał prawdziwy okaz czarnego Lwa Morskiego. Z daleka można było ulec złudzeniu, że to najprawdziwszy, nie foczy czarny lew.
Leniwie wylegiwał się w słońcu i bardzo pilnował swojego miejsca w stadzie, tuż przy wejściu, którym wnoszą jedzenie.
A co na temat fok, legenda i mit ?
Jest ponoć foka spokrewniona z człowiekiem i uznawana za jednego z jego przodków. W wielu mitach i baśniach, foki, jak i łabędzie potrafią przemieniać się w ludzi, bywają zaklętymi książętami i królewnami przebranymi w foczą skórę.
Jeśli podczas nocnej przemiany, ktoś skradnie człowiekowi jego focze przebranie, ten już nigdy nie będzie mógł powrócić do morza jako foka, ani ponownie stać się ponownie człowiekiem.
W legendach Wysp Owczych krąży legenda, że foki co dziewięć nocy, zrzucają z siebie skórę i jako śmiertelni ludzie tańczą nad brzegiem morza, aż po świt.
Według innego mitu, w foki nigdy nie trafiaj pioruny, stąd jej skóra używana była do ochrony przed uderzeniem gromu.
Podczas burzy przebierano się w jej skórę i pokrywaną nią strzechy domostw.
Na ringu – tajski boks
/TAJLANDIA/ Na ring wyszli wyjątkowo przystojni i dobrze zbudowani Tajowie.
Czego absolutnie nie można powiedzieć o pozostałej reszcie mężczyzn w tym kraju. W zasadzie starszy czy młodszy Tajlandczyk każdy z nich bez różnicy reprezentował sobą jeden i ten sam gatunek – męskiego “nieopierzonego” nastolatka, małego przygarbionego chudzinki bez zarostu i zawsze w za luźnych spodniach. Oczywiście bywały wyjątki.
Gdy do stolika podchodził kelner zawsze zastawiało mnie, czy to możliwe, żeby wszyscy ci faceci mieli po trzynaście lat ?
Jak dla mnie przeciętny Tajlandczyk to typ kompletnie nie atrakcyjnego mężczyzny w przeciwieństwie do jego tajskiej dziewczyny.
































































































