Szlakiem agenta 007 – Jamesa Bonda
To było gorący sierpniowy ranek, pogoda i widoki zapierały dech w piersiach i powodowały, że co chwilę dostrzegałam coś, co chciałabym zabrać ze sobą na zawsze. To się nazywa po prostu – oczopląs. Niestety musiał mi pozostać tylko aparat i zdjęcia. Francja, ach, ta Francja i te maniery. Południe Francji, lazurowe Wybrzeże, to bardzo piękne, ale i niesamowicie snobistyczne miejsce.
Przyznam się wam, że nie przepadam za tego rodzaju klimatami, zdecydowanie wolę Grecję, Turcję, albo brudną Azję i Afrykę. Za Francuskimi klimatami nie przepadam na równi w Włoskimi.
Droga do Monte Carlo nie mogła się nie skojarzyć z Jamesem Bondem i klimatem z filmów o agencie 007, z resztą jadąc tą nadmorską promenadą i przejeżdżając prze ten tunel, zaraz wszystko było jasne – tą drogą pędził sam James Bond. Najzabawniejsze, że jechaliśmy pozbawieni jakiejkolwiek mapy – na żywioł , że gdzieś dojedziemy. Początkowo zmierzaliśmy do Monaco, ale zdążyliśmy tylko zobaczyć jakiś obelisk przy drodze informujący, że jesteśmy w pobliżu i przejechaliśmy księstwo, docierając do Monte Carlo, kompletnie nie mając pojęcia – gdzie dojechaliśmy. Pewnie z powodu owego oczopląsu nie dostrzegliśmy drogowskazu z informacją. Dobrze że chociaż znaki drogowe nie umknęły naszej uwadze. Pamiętam jak mąż powiedział do mnie; – wiesz co,… zatrzymajmy się tutaj , bo to całkiem ładne miasteczko, warto zwiedzić. I w taki oto sposób posuwając się po omacku dotarliśmy do słynnego kasyna Monte Carlo.













