Przejażdżka na słoniu, gadające Gwarki, pachnąca i dźwięcząca różnymi tajemniczymi odgłosami dżungla, rzeka z filmu “Most na rzece Kwai” i piosenka w tle, sama się niejako narzucająca żeby ją podśpiewywać, nocleg na tratwach w sercu dżungli, o świcie na powitanie kąpiące się nieopodal chaty słonie,  pyszne,ba, przepyszne tajskie jedzenie. Po prostu – Raj na ziemi. Wtedy to było moje miejsce na ziemi mój raj.

W zasadzie nie bardzo wiedziałam po co tam jadę. W pierwszej chwili pomyślałam, że szkoda sił i pieniędzy, żeby jechać tyle kilometrów, aż pod granicę z Birmą, żeby zobaczyć zabytkowy most, który wcale nie jest zabytkowy, ani nie jest tym mostem na którym pracowali amerykańscy jeńcy wojenni w czasie drugiej wojny, ani nawet nie wybudowali go w tym samym miejscu co wtedy. Co innego zwiedzać świątynie w Bangkoku,  lenić się na rajskich wyspach na morzu Południowochińskim.  Ale żeby jechać nad rzekę …, tylko dlatego że ktoś, kiedyś nagrał film wojenny o amerykańskich jeńcach.

Druga Wojna Światowa trwała w Tajlandii, od roku 2482 – 2488 (  Tajowie mają uzgodniony inny lokalny kalendarz)

Oczywiście gdy zobaczyłam to miejsce, od razu wiedziałam, jak bardzo się myliłam w ocenie wyobraźni, bo Kwai to nie jest jakaś tam rzeka z mostem, ale cudna rzeka rozlewająca się wśród malowniczych zielonych krajobrazów Tajlandii ( wtedy w kraju była zima i -30 stopni), obok domków na wodzie, w cieniu olbrzymiego posągu Buddy, a most to jedynie dodatek do całości, punkt turystycznego zaczepienia i wspomnienie dla rodzin ofiar które tutaj zginęły. Jak już się będzie w Tajlandii, na pewno warto pojechać nad tę rzekę, choćby dla samych krajobrazów i magii unoszącej się nad tym mostem i nad tą rzeką..

Kiedy wysiedliśmy z samochodu i weszliśmy na most, aż dech zapierało z wrażenia i nawet dziury pod nogami, nie były straszne. Czy to sprawa nastawienia, czy czego innego może, oszołomienia widokami, ale szłam po tym moście omijając te dziury i groźne przerwy w konstrukcji wraz całą rodziną wymijając się z ludźmi na bardzo maleńkich wolnych przestrzeniach prawie na granicy bezpieczeństwa.

Na moście grajek rzępolił kawałek z filmu “Most na rzece Kwai”,  fałszował tak strasznie, że aż uszy bolały słuchać, a grać na skrzypcach nauczył się pewnie ze dwa dni wcześniej, no cóż,  ale nastrój pozostał.