Słowiańska dusza we mnie gra i tańczy
( coś w rodzaju inicjacji, młodszych przez starsze i przyjęcie ich do grona babskiej wspólnoty; nie-dziewic)
Na początek warto wspomnieć coś o pochodzeniu onej imprezy która coraz częściej i w coraz większej ilości miast i wiosek, odbywa się co roku wraz z początkiem każdego lata, nad różnymi zbiornikami wodnymi i rzekami, gdy słońce góruje na niebie i wstępuje do znaku Raka, rozpoczynając tym samym w naszym klimacie – astronomiczne lato i długo wyczekiwane wakacje i urlopy.
Owa impreza, jakiś czas temu reaktywowana po wielu latach powraca nad brzegi rzek i jeziora. Nowa jest to forma rozrywki i jednocześnie stara jak świat. Oryginalna jest, fajna jest i magiczna jest. Dla wielu ciekawa to propozycja, żeby fajnie się zabawić, a mało wydać. I mało kto wie i myśli o tym, że ma ta Sobótka, swoje korzenie głęboko wkopane, w starym pogańskim święcie słowiańskim, zwanym nocą Kupały (Kupalnocką), albo świętem Litha, które dziś, tak na poważnie, uroczyście i religijnie, obchodzone jest przez nowe odrodzone wspólnoty pogańskie, min. w kowenach czarownic Wicca itp.
Dla nas, zwyczajnych zjadaczy chleba, a większości katolików, ateistów, agnostyków czy racjonalistów filozofów, świętowanie to jest, zwyczajnie tak, żeby się dobrze zabawić, poszaleć do białego ranka i po nocy. Szaleć można wszędzie i zawsze, ale żeby na serio było magicznie, musi dziać się nad rzeką ciemną jak wody Hadesu, wielkie ognisko, dobre jadło pod nosem, dziewczyna która “jest dziewicą”, i poczucie, że wszystko odbywa się jakoś inaczej, niż na imprezie techno-trans w centrum miasta.
Przy okazji pochłaniania szaszłyka z grilla popijanego i piwem, winem, albo coca-colą, można się nieźle zabawić, oderwać od codziennego znoju pracy, spotkać znajomych z nk i fejsa, a nawet tych z reala kolegów, poplotkować o tym co jest i co było, pośmiać się, a nawet upić i po-śpiewać na całe gardło, w tyłku mając ciszę nocy, zresztą i tak za krótkiej na to żeby kłaść się spać przez świtem. Za jedzenie i picie trzeba zapłacić, ale nie koniecznie, bo może koledzy, albo ktoś się napatoczy i postawi nam kolejkę piwa, czy lody, za dobre towarzystwo.
“Sylwester” w połowie roku, nad Wartą, tuż przed lipcem, prawie zaraz na urodziny.
Takie mam skojarzenie rok w rok, gdy słyszę salwy sztucznych ogni rozświetlających czerwcowe niebo. Sylwester w połowie roku, a zdarza mi się, nie powiem, i to już kolejnego lata, że liczę rok następny, właśnie od nocy sobótkowej, a nie od 1 stycznia. Jakoś tak samo się dzieje we mnie bezwiednie.
Co by nie pisać, jeden z najfajniejszych dni w roku – wypasiony.
A co nie którzy jedli, a inni strugali dla nich łyżki, do jedzenia zupy, a jeszcze inni dawali licznie przybyłym sposobność własnoręcznego wyprodukowania okazjonalnej monety, w walucie – 1 wianek.

A w gruncie rzeczy od tysiącleci to święto i rytuał płodności, poświęcone słońcu górującemu na niebie, ściśle powiązanemu z życiem na ziemi, z dobrobytem , wzrostem, płodnością, pierwszymi plonami w przyrodzie i z ludzką zamoznoscia, a co za tym idzie z naturalnymi rytmami (cyklami) przyrody; narodzinami, okresem wzrastania, jego schyłkiem, starością i obumieraniem. Człowiek i natura splatają się w jedni. Obyczaj ten, tak dawniej, jak i dziś również jest spektaklem radości, nocnym szaleństwem, owacją na cześć nadchodzącego lata, świętem pierwszych letnich plonów ziemi.

Kwiaty kwitną, lasy są już w pełni obsypane listowiem, z pól zbiera się truskawki, nad łąkami unosi się słodka woń kwitnących ziół. Litha, Sobótka, Kuplnocka, Kojarzona jet i była niegdyś, z nastaniem lepszych czasów i dobrobytu dla człowieka.
Dziś nie tyle chodzi o to, że “ przeżyliśmy zimę” i że wreszcie pierwsze owoce zapełnią nam puste piszczące z głodu brzuchy”, bo mamy sklepy, a w nich żywność, i elektryczność w domach, na ulicach, centralne ogrzewanie, bo i tak byśmy przeżyli, co chodzi o czas nadchodzących wakacji, początek urlopu, a więc kojarzy się, ( z wyjątkiem pracoholików ), z pokonaniem “zła” czasów złej “nocy” ( praca, przymus, nauka, słota, zima, depresja. itd) i nastaniem dobrego czasu letniego leniuchowania, większej ilość dni ze słońcem, a co za tym idzie końcem zimowych minorowych nastrojów i przydługich wlokących się od trzeciej po południu wieczorów. Czas czerwcowy sobótkowy, to okres w którym dni stają dłuższe od nocy, w których każdy na swój sposób starszy czy nastolatek, chce się zakochać, zaszaleć. Rodzi się nawet w staruszku i babci, coś optymistycznemu, jakaś wiara w myśleniu i przeżywaniu, a magiczne myślenie szuka praktycznego ujścia dla każdej nawet zakazanej już namiętności.
Od dawien dawna, zwłaszcza na naszych północnych rubieżach, lato to okres szczególnej pomyślności w ludzkim stadzie, czas seksualności, czas przeżywania namiętności nocy letnich, która w dawnych religiach i społecznościach była ściśle powiązana z sacrum, a dziś o owej miłości przypomina rechot żabek, śpiew ptaków uwodzących się wzajemnie, nawet nocą trajlujących, zapach kwitnących kwiatów i letnie owocowanie. Śmiało można poczuć się letnim czasem, że jest się w namiastce tego co człowiekowi kojarzy się pod pojęciem słowa “raj” i “ziemia obiecana”, czy zmartwychwstaniem po śmierci na niebiańskich łąkach.
A odrodzonym ruchom pogańskim z największą mocą słonecznego i stojącej u jego boku, bogini – małżonki i kochanki, a wkrótce i matki, oczekującej dziecięcia, a dzisiejszej czarownicy, wszetecznicy, albo na odwrót najświętszej panienki dziewiczej Maryji.
( Tarcze z wizerunkiem jelenia, a tenże jeleń z ogromnymi rogami, za czasów pradawnych religijności , czczony był pod postacią rogatego bóstwa , dwa długie rogi, być może symbolizować miały “dwa księżyce” – wzrastający i ubywający; narodziny i śmierć, a wespół razem, dojrzałą pełnię, kobiecość i narodziny. Jeleń jako symbol męski, symbolizował słońce i boga na ziemi. )

Noc sobótkowa w Polsce jest odpowiednikiem dla spopularyzowanych u nas Walentynek, tyle, że noc Kupały – Kupalnocka, ta polska magia z kwiatem paproci, to nie to samo, co lutowy, zimny św. Walenty i jego papierowe serduszka,. Sobótka ( sabat) to nocka pod gwiazdami, noc tajemna, magiczna, ciepła, namiętna i zmysłowa. Ta noc jest naszym słowiańskim i rodzimym świętowaniem, wcale nie gorszym, jak i nie lepszym od dnia św. Walentego.
A tak na marginesie, nie wiem jak to się stało że św. Walenty stał się patronem zakochanych? Ja pamiętam, że, babcia mi mówiła, a mama potwierdzała, że Walenty, jest patronem ludzi dotkniętych niepełnosprawnością umysłowo-fizyczną. A może miłość czy zakochanie rozumiane w ten sposób, ma jednak sens. …?
Wracając do nocy Kupały, myślę sobie, że to dobrze, się dzieje, iż odradzają się stare dobre i rodzime nasze swojskie Słowian tradycje i, cieszy mnie, że są tak dobrze akceptowane przez ludzi i, że się wtryniają zaraz obok jaśniejącej w mrokach wieży kościoła KK i klasztorku, a nawet z roku na rok, coraz bardziej przypominają to co stare i dobre, religię i obrządki naszych przodków.
Jest takie powiedzenie; ” Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiedząc co posiadacie”.
Na szczęście my Polacy, wiemy i mamy coraz większą tego posiadania świadomość i bardzo dobrze.
Obecnie to przednia i dobra zabawa przy ogniskach, a że przy okazji, przy-obserwowałam, że co roku, coraz to i bardziej w szczegółach przypomina o Kupale. Być może dzieje się tak za sprawą podświadomego pragnienia powrotu do natury, a może to nasza oficjalna religia za nadto skostniała?
Człek od czasu do czasu tęskni, za pierwotnym “wyuzdaniem”, której nie dał rady z siebie wyplenić z siebie żadnymi zabiegami, ani egzorcyzmami, przez ponad 2000 lat. Oj musiała mocno wrosnąć w ludzką podświadomość, ta jego prymitywność, nawet jeśli myśli sobie człowieczyna, że to tylko zwyczajnie jest zabawa. Tak się zatacza koło do czasów starych religii, i wraca w to samo miejsce, choć nowoczesne i odmienione. Czy ktoś tak myślał, uczestnicząc w tej zabawie? Może z jeden procent, wiedział co i jak, a reszta instynktownie dobrała się w pary i ruszyła na poszukiwania ”kwiaty paproci”, przy okazji uczestnicząc w miłosnym rytuale, pod jakim dąbkiem, albo kwitnącym krzaczkiem.
Nastały czasy dla reaktywacji dla starych obrządków, dla zabawy, dla rytuału świętowania początku lata, która odbywa się przy udziale rytualnego bębnienia, głośnych wystrzałów z armaty, ciekawe, czy w celu przepędzenia złego licha.
Chrztu z ognia i wody, wzbogaconej, choć niewinnie, o akcenty seksualno-inicjacyjne, co można zobaczyć na pierwszym filmiku ( Dziewce przechodzące przez wrota chrztu z rozpalonych pochodni, które dzierżą w swoich dłoniach “nie dziewce”, choćby tylko w zabawie, to dzieje się oj dzieje…). A wszystko to nad dwoma krzyżującymi się rzekami, Wartą i Wełną, na ziemiach Lecha, gdzie do dziś dobrze mają się stare zwyczaje i stare religie.
Dziś po części to są zgrupowania Wicca, po części Lechitów i inne kowenty czarownic i czarowników tu istnieją, a wśród nich i oczywiście ja A-wicca
Tutaj co roku pod moim oknem przepływają łagodnie płonące sobótkowe wianki i blisko mam do starosłowiańskiej osady. Tej sobótkowej, okazjonalnej oczywiście.
Ot i magia; tańce, ogniska, głośne śpiewy aż do rana (spać nie mogłam przez całą noc) zabawy, dużo dobrego jadła, zazwyczaj pieczyste wprost z ogniska, placki z wody, mąki wyrabiane tradycyjną metodą i kasza w parkocząca w czarnym kociołku, której doglądały kobiety w tradycyjnych strojach z kwietnymi wiankami na głowach.
Do tego wszystkiego na “deser” rewelacyjny pokaz sztucznych ogni, a właściwie strumienie świateł wylewających się wprost do rzeki, i wznoszące się do nieba niczym mityczne Feniksy, albo wirtualne animacje komputerowe trójwymiarowe. Gdy się na nie dłużej spogląda bez odrywania wzroku ma się wrażenie mknięcia w jakimś gwiezdnym tunelu albo, przeniesieniem się do innej rzeczywistości.
Sami zobaczcie jak było.
W notce kilka fotografii i dwa filmy z obchodów imprezy na cześć lata, na cześć światła, na cześć ognia i wody również. Które w tym roku nosiło nazwę “Teatru ognia”

To były NOWICJUSZKI
Dziewczęta gimnazjalistki symbolizowały te cnotliwe niewiasty przed inicjacją i spłonięciem w ogniu namiętności - dziewice. Ognisko, chyba najstarszy symbol, wieczny stwórczy ogień życia i namiętności, któremu żadna dziewica się nie oprze ( choć wyjątki się zdarzają) . Zaraz obok, co można zobaczyć na załączonym powyżej video, tańcowaływ okół ognia, już KOBIETY z pochodniami w dłoniach. Pochodnia jak można się domyśleć, bez wdawania w szczegóły, są symbolem, oczywiście fallicznym w stanie gotowości do tworzenia nowego życia. Ciekawe, że to ona, kobieta, nim zarządza, owym fallusem, a nie On, jej Bóg. Tak to mniej więcej wygląda z punktu symboliki. A dzisiaj - jak to wygląda z punktu widzenia współczesności ? Ot, pochodnia, jest od tego żeby było fajniej, bardziej ekscytująco, magicznie zabawnie i żadna z nie pomyśli o symbolu którym wymachuje ( a może się mylę ....)

Mój smok ( tresowany)
I ja tam oczywiście byłam i pod słupkiem bóstwa – przysiadłam, a zabij mnie, nie powiem, bo nie wiem, czy to może był Światowid, czy raczej Kupała … Skłaniam się prędzej ku Kupale, bo Światowid powinien mieć cztery, a nie trzy twarze
I jak tak sobie przycupnęłam, po długim dniu i czarownej nocy, medytując nad tym, czym jest owy słóp pod którym się zatrzymałam, przyszło mi na myśl, że każden słowiański bóg, mniej więcej odnosił się do tej samej sfery życia , to jest – do płodności i urodzaju, a w naszym nowoczesnym języku, a nawet kościelnym, do uprawiania seksu, ale nie tylko dla przyjemności zmysłowej, ale i prokreacji, jak Pan Bóg przykazał. Dawni bogowie ci starosłowiańscy również nie marnowali nasienia na czcze igraszki, ale baraszkując, zawsze obfity plon siali. A bogini przyjmowała i jedno i drugie bez namysłu. Ot uproszona forma symbolu Kupały i tegoż słupa symbolu fallicznego pod którym odpocząć postanowiłam.
Kilka przydatnych linków:








