Tajlandia, Kambodża

/TAJLANDIA/ Zazwyczaj widzi się takie pejzaże kątem oka, są, migają, zmieniają się, tu kwiat, tam egzotyczny ptak, gwar ulicy, sprzedawca owoców, dopiero co mijany piękny zielony ogród, takie tam nic, ale jakby się chciało zatrzymać tak wprędce mijające chwil. Dlatego, tak na wszelki wypadek, gdyby się miało zapomnieć, jedna, fotka mniej w aparacie, jedna więcej, ot, kalejdoskop codzienności mijanej przelotnie.
Wschód słońca co wieczór spoglądałam na morze kołyszące się przed zmierzchem. Gdy nie było mgły, można było dostrzec niewielką wysepkę tuż, tuż na horyzoncie. Zazwyczaj, zaraz potem po tej obserwacji, rzucałam aparat i siebie na łóżko, chłodząc się sztucznym oddechem z klimatyzacji.
Już wiem, czuję, hotel, to bezpieczne miejsce, choć ogranicza, ale na pewno jest oazą dla kobiet takich jak ja. wiem też, że na przyszłość, może być inny, byle by znów tam wyruszyć w te miejsca, na te plaże, do ludzi straszących duchy petardami po zmierzchu
Gwarek, koncertujący nad wejściem do hotelu, najwyraźniej przywoływał do siebie dziewczynkę, długo i pięknie ją namawiał, podejrzliwie spoglądał , raz jednym, raz drugim okiem, na wchodzących do hotelu gości . A jak tak stałam jak wryta, na przekór wszystkim znudzonym, nie miłośnikom ptaków w hotelu i zakłócałam mu jego zaloty, serią zdjęć i nieznośną wścibską obserwacją.
Ulice w Pattaya, w drodze Tuk tukiem, ruchliwe, smrodliwe i na swój sposób urocze. Tam na tych ulicach, ruch nie zamiera ni nocą ni dniem
W Tajlandii na skuterach wozi się dzieci i siebie i wszystko inne co tylko uda się zapakować, upchnąć, przywiązać albo utrzymać. Butle z gazem, meble, towary do sklepów itd.
Ulice i uliczni sprzedawcy. Przyznam się bez bicia lubię takie klimaty; sprzedawców na ulicy, kosze z owocami, dymiące i kopcące grille, pieczone szczury, chrupiące koniki polne i inne przysmaki, palce lizać
Ale były i znacznie cichsze i spokojniejsze zakątki i wyłącznie droga z wozem ciągniętym przez dwa woły. Ciekawa, acz trochę śmierdząca przejażdżka, za to zdrowsza niż smród pracujących silników spalinowych.
I kwiaty
Spoglądać na kwiaty, nigdy mi dość, kocham orchidee a każdym rodzaju, kolorze i gatunku. Obecnie mam dwie w domu, różową i białą.
Lato w zimie, ależ miło popatrzeć na bujnie rozkwitającą zieleń w tropikalnych ogrodach
Ogrody, z kwiatami, altanami, mosteczkami, a poza tym pachnąco i cieplutko, poezja
A gdyby tak, trochę tam pomieszkać, tak do pory deszczowej i monsunów.
W Tajlandii i w Kambodży, cudowne Gwarki trzyma się w klatkach w domu, albo tuż pod domem, jak u nad kanarki i papużki
Piękne ptaszki, całe czarne, z elementami żółtego i żywo pomarańczowego i potrafią mówić ; Hello, Good Morning, Goodbye
W tym sklepie zwróciłam uwagę nie na torby oczywiście, ale na domek dla duchów. Mango, kokos i chyba papaja …
Jeden z wielu sklepów z pamiątkami, masówka dla turysty z poza Azji . Jakiś drobiazg zawsze warto zabrać ze sobą na pamiątkę, choćby dlatego, żeby coś po sobie pozostawić, ot, tych kilka bahtów.
Nigdy, w żadnym miejscu w którym byłam po raz pierwszy, nie żałowałam wydanego grosika, choć po jakimś czasie i tak wszystkie te cenne pierdołki, lądują w wiklinowej skrzyni, którą trzymam w piwnicy.
Nie ważne, ale przez jakiś czas, tworzą w domu pewien specyficzny klimat i stoją sobie dumnie na półce w sypialni wraz z orchideami zasadzonymi z tajlandzkich nasionek.
W to lato otoczona jestem ze wszystkich stron Azjatyckimi “dziełami sztuki”. Małe, drobne, niedrogie i niby nic nie warte klamoty
A jednak dla mnie to fragmenty niedawnej przygody, energii miejsca, od którego z dnia na dzień, oddalam się coraz bardziej, ale wiem, jestem pewna, że nie na zawsze.
Ze stolików, parapetów i szklanych witrynek uśmiechają się do mnie, “zbieracze kurzu”, i spoglądają z mnisim spokojem cierpliwe szlifowanie z kurzu miękką ściereczką; mały medytujący budda, złoty smok na szczęście, słonik z obrazka, garść muszelek i różnokolorowych kamyków z plaży, kilku sandałowych i orchideowych. kadzidełek, i wojownik, kukiełka, ze złotą maską i złotym mieczem w dłoni.
Gdy wieczorem zamykam się w pokoju z wiatrakiem i dobrą książką, czy z dobrym przyjacielem, czuję się jakbym tam nadal była, w gorącej, wilgotnej i parnej Tajlandii.
Ten rok, jest dla mnie szczególnie pięknym upalnym latem, jak i dzień w którym postanowiłam wybrać się z pielgrzymką w życie.
Lipcowe południowe słońce w zenicie, kościelne dzwony wzywające na Anioł Pański ( ponad 30 stopni opału, w cieniu) i mój pierwszy oddech w takim właśnie zduszonym upałem szpitalu, bez klimatyzacji
Dlatego, pomimo, że pot zalewa mi oczy i podkoszulka przykleja do pleców, a spodnie do tyłka, uwielbiam takie ciepłe upalne dni i gorące tropiki. Czuję wtedy, że jestem, że żyję. W takie dni myśli mam jasne jak słońce. Lubię lipcowe spiekoty i powietrze drgające z gorąca, nagrzane od południowego słońca, lekko poruszane podmuchem równie gorącego południowego wiatru na twarzy
Bosko, taki mój cud.
Która kobieta nie jest choć trochę próżna ? Ja jestem próżna, czasem nawet bardziej niż przeciętna, i własnie dlatego uwielbiam jak mi się robi zdjęcia. Lubię gdy fotografem, jest mężczyzna, zwłaszcza gdy jest jak ten czarnowłosy i długowłosy Hindus, idealnie w moim typie, choćby i z grubą brzydką żoną u boku
Tak na serio, ten pan był sam, bez żony i bez pomarańczowego mnisiego prześcieradła (zabij mnie, a zawsze nie wiem jak to się nazywa?) i popatrzeliśmy na siebie przez moment, czujnym obiektywu, tego samego modelu Nikona i w tym samym momencie
Kilka minut wcześniej, było równie magicznie, wpadliśmy na siebie omal nie rozbijając aparatów w ciemnym jak noc korytarzu świątyni czterech lotosów, Angkor Watt. Miejsce jak z baśni, żywe, magiczne i tajemnicze jak Bóg w niebie.
Dla moich oczu, w tym korytarzyku było czarno jak smoła, może dlatego, że weszłam wprost z nasłonecznionego dnia ? I zdecydowanie ciemniej, niż na zdjęciu powyżej.
Poczerniało mi w oczach, jakbym weszła do innego świata, labiryntu Minotaura i właśnie tam, w tym ciemnym przejściu, wpadłam na tego Hindusa.
U kresu drogi, czarnej i surowej konstrukcji korytarza świątyni Angkor Watt, tak po prostu, czekał na mnie pomarańczowy “budda”, jeden kontemplujący, a drugi śpiący.
I rzekł; – Agato teraz pojedziesz do Indii, to cel twojej następnej pielgrzymki
Jestem więc bardzo dobrej myśli. Jeśli pomarańczowy “budda” tak przemówił do mnie, to musi się zdarzyć wola oświeconego, wola optymizmu, która zaprowadzi mnie, nie tylko do piekła, ale i do nieba.
Pojadę, polecę, dojdę pieszo. Jakoś na pewno. Pora mi szykować się w drogę, zmierzyć się ze świętymi wodami Gangesu, brudem, kurzem i karmą
W tym pięknym hotelu o równie dostojnej nazwie Cesarzowa, chciałam czuć się nadzwyczajnie, jak ona cesarzowa, obsypana płatkami róż, stąpająca po czerwonym dywanie, w drodze oświetlonej delikatnymi łunami świec. I prawie było by pięknie, gdyby nie jeden rozpraszający mnie, a istotny szczegół.
Któż chce być cesarzową na pustyni z nędzą i rozpaczą, siecią zła i korupcji, z wielkim penisem przy basenie i słoniowym bogiem Ganeszą, po drugiej. Może ktoś, mnie, to uwierało jak kolec w bucie, jak gwóźdź we wrzodziejącej ranie.
Nie mam nic przeciw penisowi, ani Ganeszy, jeden i drugi, to zwyczajnie kult trąby. Przeszkadzał mi ten straszny kontrast – skraj nędzy, skraj rozpasania. Jak je pogodzić ? Chyba wyłącznie, tym kołem fortuny, karmą, losem i tym, że wszystko nie jest takim, jak się zdaje, że jest.
Ciekawe, że mężczyźni kąpiący się w tym basenie, całkiem młodzi dorodni i wyglądający na zdrowych, hmm, hmm, i wiele mogących. Po zmroku, przy pełni księżyca, jeden za drugim nurkowali w basenie, tuż przed obliczem wielebnego penisa
Księżyc był wtedy w pełni, świecił jasno i odkrywał wszystkie ich tajemnice, a co niektórzy panowie, pewnie dla lepszego efektu, pozbywali się i reszty stroju.
Jak dla mnie odprawiali tam jakieś, czary – mary, pod tym marmurowym bogiem potencji i płodności
Piękna to była oaza na pustyni, z żyrandolem, mi osobiście kojarzącym się wyłącznie z przedstawieniem; “Upiór w operze”.
Cudnie było spędzić tam, te kilka nocy, choć nie powiem i nocleg w szałasie również miał swoje niezapomniane uroki. Może nawet i większe…
Warto spróbować pobyć w takim przybytku, choćby, tylko dla obserwacji, czy jest się we właściwym dla siebie miejscu?
Pośród nocnego zgiełku i głośno grającej muzyki, jakiś głos nie dawał mi spokoju i dręczył pytaniami ? !
- Hallo, Agato, czy dobrze się bawisz i czujesz w tym pięknym hotelu ? Hmm, pomyślałam:
- Wiesz głosie, jakoś nie bardzo, choć tu tak pięknie, jak w bajce, dziwnie?.
Chwila namysłu.
- Albo nie, poczekaj, po zastanowieniu, zmieniam zdanie !
- Bardzo mi tu dobrze. Tak właśnie, dobrze, fajnie i już. Jestem przecież jak oni wszyscy, ci ludzie tu przy tych stołach i tamci, za murem Oazy.
- I jeszcze ci powiem, że do czego mnie los siłą wlókł, byłam tam pod przymusem, choć nie chciałam tam być.
Gdzie mnie doprowadził po dobroci, skorzystałam z szansy.
A gdy sama decyduję, to, wszystko może być moim udziałem. Jestem tu z własnej woli, bo tak chciałam.
Pod oknem w najlepsze trwała zabawa. Beztroscy Japończycy radośnie podskakiwali i zaprawiali się trunkami w rytm muzyki, od poważnej klasycznej, po mniej poważna, muzykę Abby.
Z okna balkonu hotelowego, rozpościerał się widok na białe obrusy, srebrną i złotą zastawę, scenę do tańca i występów karaoke.
Super to była impreza, wystarczyło zejść na dół, ażeby grupa nie całkiem trzeźwych Japończyków zaciągnęła mnie ze sobą na parkiet i do stołu, a język ? Stał się cud i zaczęłam mówić po japońsku ? Skądże znowu, język był najmniej ważny, jeno muzyka, a że ja jestem szczególnie muzykalna, więc odśpiewałam przebój Abby i jak za sprawa czarów, czy kilku drinków, znalazłam się w gronie najlepszych przyjaciół, takich z przydomowego podwórka.
Przez moment byłam w Japonii, w Kambodży i po prostu u siebie, w domu, a nie na odwrót. Zawsze cieszę się życiem, ot, tak beztrosko, gdy zatańczę i zaśpiewam, jak przed laty, w piaskownicy, pod oknem domu rodzinnego, i przed laty na rynku starego miasta, ze swoim chłopakiem
Ale, gdzieś, zaraz nieopodal, na wyciągnięcie dłoni, rzut beretem od tego kolorowego muzycznego szczęścia, rozciągały się bezkresne pustynie rozpaczy, nędza i głód. Czyż to nie moje własne odbicie, tam po drugiej stronie barykady, a może i tu pod tym balkonem ? Jedno i drugie. Jestem kołem fortuny.
Podglądaczką jestem, ale wyłącznie, od czasu do czasu, jak mi coś strzeli do głowy.
Cóż ja na to mogę, że lubię wypróbować zoom w aparacie
Poniżej fragment eleganckiej klasyki, żywcem jak z filmu “Joe Black”. To był początek imprezy
I, zabawa z Abbą, ta, już po kilku głębszych. Nocne 28 stopni, wymuszało prawie natychmiastową reakcję cudownego upojenia
Trochę mi się kręciło w głowie, stąd ciągły ruch obiektywem, w prawo, w lewo itp.
52.401157
16.909307
Dodaj do ulubionych:
Bądź pierwszą osobą, która doda ten do listy ulubionych.
No nie! Jednak jestem strasznie mało spostrzegawcza, bo dopiero w tej chwili zobaczyłam "komentarze" /szok/A wróciłam tu wcale nie dla ich szukania (bo szukałam i nie było /lol/) tylko dla "pokarmu ducha", tzn. duchów:) Bo właśnie się wybieram do sklepu ale mango i papai oraz kokosu to raczej w takim osiedlowym sklepiku nie kupię:(PS. Jesteś naprawdę bardzo bardzo fotogeniczną kobitką! Gratulacje:* I autentyczna babska zazdrość, bo ja i zdjęcia to czysta tragedia:( Poważnie! Tamte na Facebooku są robione komórką i zamazane;P
Dzieki serdeczne
zdjecie dobrze wyszło bo z zaskoczenia było, i byłam autentycznie radosna, ale jak tylko się ustawiam i chcę dobrze wyść, to wychodzi mi tragedia
Ps. A jednak blogger, zdecydowanie wyprzedził wordpress, tam mi wciaż coś, nie chodzi, a to kody html, albo jeszcze co innego.