/FILM/ PORANEK NA RZECE KWAI/ Poranek na tratwach.
Wyśniony, tylko przyroda, lato i kąpiące się nieopodal słonie. Sami zobaczcie.
Ale tamtego ranka, piękny to był widok
![]()
Gdzieś na granicy Tajlandii i Birmy
Piosenka ci nie da zapomnieć, upal również
Dla potrzeb upalnego tajlandzkiego lata lekko zmieniona wersja
“Pamiętasz było lato”
Pamiętam było lato , mały hotelik pokój numer 148
Staruszek portier , stary Tajlandczyk z uśmiechem dawał klucz
na niebie błękit nieba rozświetlał zimne smutki
i zapach kwitnących orchidei i kochany, tylko ty i ja
Pamiętam, jak po kryjomu osuszałeś moje włosy,
spocone i klejące od nagrzanego w słońcem powietrza
I jeszcze nigdy kochany, nie było nam tak dobrze i tak gorąco
Za oknem, chłodna toń rzeki Kwai i słoń z prysznicem z trąby
I tylko jakaś straszna myśl, że to zaraz wszystko się skończy.
Miało to odejść tak zwyczajnie, dnia pewnego i tak nagle,
Samolot czekał i portier zabrał klucz
i wtedy zrozumiałam, coś się kończy, coś zaczyna – wyszeptały twoje usta
To pożegnania czas już przekroczyć próg.
Pamiętasz, było lato
pokój numer 148 a w dżungli gorąc i dziki mrok
Już nigdy nie zapomnę hoteliku numer 148
i tego piekarnika, też
***
Kochane lato ty wróć do mnie
ja tęsknię za Tobą
i niech rozstania,
Już nie dzielą nas.
Samoloty wstrzymać, zakaz,
niech nigdy już,
nie odlecą
do zlej pogody,ludzi nie przenoszą
Ani mrozu, ani chłodu, ani deszczu, więcej, nie !
Kochany pamiętam, było lato, piękne i gorące,
i pamiętam, że nie zapomnieliśmy spakować upałów do walizki.
Bo za oknami samolotu, dzień się właśnie kończył z mrozem Polski się zaczynał.
A teraz, to niech to wszystko, wróci tam do tej walizki i zabiera się z powrotem, do parnej, gorącej dżungli. Mam dość !
Zapomniałam spakować do walizki hotelowej klimatyzacji, toż to nasze polskie lata, były jak ta wiosna, albo jesień. Od czasu do czasu, wiatrak na stojaku, zdecydowanie wystarczał …
Rzeka Kwai i Kanchanaburi.
Wspomnienie tajlandzkich upalnych dni i niewiele chłodniejszych nocy
Cisza i samotność we wnętrzu tłumiącej dźwięki skały daje wrażenie pustki absolutnej.

Spływ rzeką w kapokach, bardzo szybki nurt i bardzo ciepła woda, pływających węży i krokodyli chyba w niej nie było ..?
Prawie, prawie na dziko, bo bez prądu z lampą naftową, bez klimatyzacji, z prysznicem wprost z rzeki w zupełnych ciemnościach, dzikie dźwięki z nad rzeki. Miejsce dla turystów takich ja, po 40-ce i bez absolutnego backpackerskiego zdrowia
Ale jak dla mnie, Bajka !
Kwai w styczniu br. około 37 stopni w cieniu. W onych domeczkach niestety nie było klimatyzacji, ani też elektryczności, ale za to były słonie, kąpiące się o poranku.
Hotel na rzece Kwai, fantastyczne miejsce, prawdziwa bajka na żywo
Noc na rzece. Człowiek ma w sobie taką potrzebę radykalnej odmiany z nowoczesności na powrót do “dzikiego” świata prawie wyłącznie naturalnego, poza lampą rozpalaną na naftę i hamaka.
Piękny po tej nocy, był poranek, żeby nie rzec, że wspaniały, ale gdyby trwał i trwał, to pewnie po jakimś czasie rano, nawet bym nie wyszła z łóżka popatrzeć na kąpiące się w rzece słonie. Miałabym dość chaty bez prądu, internetu i telewizji, spoconego czoła i karku i wielu innych części ciała, i słoni popychający tę tratwę w nocy, i ryczących nad ranem
Człowiecza natura, ubolewam nad tym, bo i moja również, taką zmienną jest, niestety …
Ale tamtego ranka, piękny to był widok
Jeszcze kilka wspomnień, za oknem odpowiedni klimat, idealna temperatura i rzeka tyle, że bez słoni, za to z łabędziami , kaczkami, żabami i echem jakiejś letniej muzycznej imprezy.
Płynąć tą łodzią, czysta przyjemność, zero upału, jeno chłodna bryza z rzeki Kwai, widoki, zapierające dech w piersiach. Prawdziwa rozkosz dla ciała i ducha.
Piękne to były wodospady z krystalicznie czyściuchną wodą, doszłam tylko do czwartego poziomu, a było ich siedem. W totalnym gorącu poprzez stare drzewce, wysokie sterczące ponad ziemią korzenie itd. Tor z przeszkodami bezustannie pod górę.
Ponoć przy siódmym wodospadzie nad tymi błękitnymi wodami roztaczała się piękna różnokolorowa tęcza, niestety pozostaje mi ją sobie wyłącznie wyobrazić, tak czy owak, nie dałabym rady dotrzeć na sam szczyt. I nawet przewodnik który nas prowadził pod górę, coraz wyżej i wyżej, i nie miał ani jednego spoconego włoska na głowie, zero potu, przylepiającej się podkoszulki, sklejających się oczu, spływającego kremu do opalania, gdy zerknał w moim kierunku, dał mi ino znak: – pora ci kobito z powrotem na dół !
Nie protestowałam, Ale za to, wykąpałam nogi w tej źródlano-błękitnej wodzie i pozwoliłam rybkom, zrobić sobie pedikiur. Rybeczki około dziesięciocentymetrowej wielkości, rzucały się na każdą zanurzoną w wodzie nogę, a moje, nie powiem, po tej wspinaczce, były bardzo smaczne, uczucie obgryzania, super łaskoczące
Ależ to była przyjemność, zanurzyć nóżki w wodzie z tyloma rybami, głodomorami
pracowały dokładnie, pilnie i perfekcyjnie, każdy paluszek, fragmencik stópki, coś koło paznokietka , mniam, mniam
Te schody były jednym z etapów wspinaczki prowadzącej do kolejnych wodospadów, niesamowicie wysokie, praktycznie z perspektywy ich początku, nie było widać ich końca
I na koniec przypomniał mi się taki bardzo stary przebój z filmu ” Most na rzece Kwai” , fajnie się tego słucha i ogląda w drodze nad tę właśnie rzekę.
Dawno, dawno temu, gdy ta piosenka była przebojem w radiu, a filmem w kinie, moja mam w kuchni, śpiewała tak; Halo słoneczko świeć, świeć, świeć, Johny wracaj do swej żony, na powitanie dostaniesz wałkiem ….” ( nie dokończę w co..)
I polska wersja dla tych co może pamiętają tą piosenkę, jak ja, z kuchni, z podwórka
![]()



















Z przyjemnością przeczytałem Twoją relację znad rzeki Kwai. Żałuję, że tam nie dotarłem (zamiast tego wybrałem park narodowy Khao Yai, gdzie po raz pierwszy w życiu zobaczyłem “dzikie” – czyli żyjące na wolności – słonie
)
Tajlandia wydała mi się zupełnie wdzięcznym krajem. Człowiek czuje się tam wyjątkowo bezpiecznie – przebywając wśród ciepłych, przyjaznych i zwykle uśmiechniętych ludzi.
Masz rację, pomieszkać trochę w dżungli (która jest niesamowita), nad jakąś tropikalną rzeką, to naprawdę niezapomniane przeżycie.
PS.Dobrze, że te rybki to nie były piranie
Pozdrawiam
To fakt, było coś bezpiecznego w klimacie Tajlandii, ludzie, spokój który z nich emanował, choć pewnie pozorny, tam gdzie mowa o człowieku, zawsze sa i jakieś emocje, tyle, że inaczej przeżywane. Czasem miałam wrażenie, że Tajowie, to nie ludzie, lecz duchy
)
))
)))
Mogę tylko potwierdzić, że pięknie było być nad rzeka Kwai i pięknie nad wodospadami, nocleg z lampa naftowa u wezgłowia, szmer wody pod podłoga, dziwne odgłosy i piski zza bambusowych ścian i ze słoniem na przebudzenie, jak w bajce, dla mnie cud nocy letniej
Niestety w podróży ogranicza mnie wiele spraw i ludzi, i zdaję sobie sprawę z braków takiej podróży, nie grymaszę, biorę co los daje, a kto wie, może, potem, kiedyś zasmakuję w prawdziwej wyprawie
A propos rybek , heh, uwierzyłam, na słowo, Tajowi który mnie prowadził, że to nie piranie
Ufna jestem, ale jakby co, stopy nadal posiadam, po prostu, szczęście początkującego
a ja z wielka przyjemnością przeczytałam twoja relację, zapewne nigdy tam nie będe ale teraz choć odrobinę wiem jak tam jest, motyle piękne:))
Nigdy nie wiadomo, może będziesz? Kiedyś też tak bym odpisała
Dzięki