W świetle ostatniego dramatu mój post i moje odczucia z lotów samolotami, nie wydają mi się już takie infantylne i głupie.

Podobne lęki ma więcej osób tylko się do tego nie przyznają, ba takie koszmary, naprawdę się zdarzają i to bez względu na osobę, los, nie oszczędza nikogo, od prezydenta i generała sił powietrznych, po szarego obywatela … Czy to los, fatum, wina człowieka, czy co innego ?

Gdy jestem w samolocie zawsze odczuwam stres współpasażerów i ich siłą tłumione lęki.


Końcowy lot z Amsterdamu do Warszawy i piękna idealna wręcz słoneczna pogoda na starcie, a po dwóch godzinach, koszmarna mgła na Okęciu.

Powiem, szczerze myślałam że to koniec, na prawdę wszyscy w samolocie mieliśmy wrażenie, że samolot nie podchodzi do lądowania, a spada i to lotem pikającym w otchłanie tej mgły.

Silniki wyły jakoś tak nienaturalnie i przerażająco, samolot nieskoordynowanie opadał ( jakby wypadkowo), że do dziś strach wspominać.

I pomyśleć, że był to nasz ostatni wysiłek przed metą z napisem “DOM”, czekała na mnie rodzina, córka. Zawsze gdy samolot już po wylądowaniu kołuje na Okęciu, mam łzy w oczach, co ja mówię, zdarzyło mi się kiedyś nawet rozpłakać.

Tak bardzo się cieszę zawsze gdy samolot zwalnia już na płycie lotniska i wiem, że z całą pewnością i tym razem, wróciłam do domu.

Jest ktoś, kto zawsze na mnie czeka, oprócz bliskich kochanych ludzi, czekają na mnie moje ukochane zwierzęta, kot i pies, są ze mną ponad dziesięć lat i są mi bliskie jak wszyscy inni członkowie rodziny, a to najgorsza myśl, gdy coś idzie nie tak, straszna trwoga i cierpienie.

Łączę się w głębokim żalu z wszystkimi którym nie było dane wrócić do najbliższych.

Łączę się z ich rodzinami w bardzo głębokiej empatii i zrozumieniu wymiaru tej tragedii która ich doświadczyła, tak znienacka.

Dzisiejsze “powitanie” na lotnisku Okęcie ilość trumien, była widokiem przerażającym.

Start po życie

Podróże samolotem uruchomiły we mnie pewne skojarzenia.

- Z ludzkim życiem. Start, z narodzinami, wzbijaniem się ponad chmury nieświadomością i niepewnością losu, ale z nadzieją na przeżycie fantastycznej przygody.

Ostatnie spojrzenia w dół, pożegnanie się z przeszłością, piękną i ciekawą z tej perspektywy w oczekiwaniu na nowy świat, być może zupełnie inny od dobrze już znanego?

Potem następują pierwsze samolotowe “normalności” , odprężające czynności, sygnał “pim” znaczy się, można poluzować pasy, wyjść z szelek ( wreszcie na nogach), podają uspakajający zmysły posiłek i kawę wszystko łagodzącą i poprawiającą humor ze sproszkowanym mlekiem i torebeczką cukru. Ciepło w brzuchu, wzrasta poczucie komfortu, może jakiś film, jakaś książka, gazeta i muzyka w mp3, wspólne pasażerów rozmowy, wymiana doświadczeń, kto gdzie był i co widział, a ile się w ostatniej chwili napracował itd. Albo, czas na, wśród ludzi samotność , nie znasz języków, nie ma szans na nic, poza miganiem, jak w życiu; – chcę jeść, pić i gdzie jest WC.

Samotnicy i introwertycy wiedzą co znaczy; “nie mówić w tym samym języku co inni” .

Zupełnie jak w życiu, narodziny i chwile napięcia, lekkiego albo strasznego niepokoju, ucisk i ciśnienie w górę, żeby potem poczuć odprężenie, przy jedzeniu, piciu i takich tam różnych ludzkich czynnościach. Leci się zawsze dokądś, samolot nigdy nie jest miejscem docelowym podróży, ale etapem, wehikułem przenoszącym w czasie i przestrzeni, tak samo postrzegam życie, jako lot i etap, do czegoś więcej jeszcze.

W ograniczonej przestrzeni samolotu i ludzkiej cielesności wszystko inne, przestaje mieć znaczenie, poza marzeniami, o “ziemi obiecanej”, łagodnym lądowaniu i o tym jak przeżyć te kilkanaście godzin lotu, kilkadziesiąt lat, zanim zaczniemy “schodzić” z niemiłym odczuciem słabnącego ciśnienia.

Przed nami stres lądowania, w tle majacząca obca ziemia, jakieś nieznane. Ciało umiera, podróż skończona.

Gdy zapytać ludzi, co im się bardziej podoba ? Start samolotu, czy lądowanie, większość, przynajmniej tych których ja pytałam, odpowiadała mniej więcej tak:

- No oczywiście że start, przy lądowaniu jakoś źle się czuję, te spadki ciśnienia o mało mi głowy nie rozwaliło, to schodzenie, nie lubię za bardzo …

Zupełnie jak z życiem, kto lubi “schodzić” ?

Czy Ktoś lubi zakańczać lot, zwany życiem ? Nie chodzi o ostateczne wylądowanie, ale właśnie o to pełne niepewności i złego samopoczucia schodzenie w oczekiwaniu na spotkanie z bliżej nieznanym lądem.

Nie sądzę żeby ktoś to lubił, no chyba że udało mu się już osiągnąć stan nirwany, ten już jednak nie “schodzi” tylko odchodzi z tego koła odlotów i przylotów, na zawsze.

A jak było za pierwszym razem ?

Przed każdym startem, czuję się tak, jakbym traciła kontrolę nad własnym życiem i choć tłumaczę sobie, że tej kontroli mam przecież wszędzie tyle samo, to współpasażerów zwykłam nazywać, grupą przeznaczeniową.

Podczas pierwszego lotu, ledwie się opanowałam żeby nie wyskoczyć, tuż przed zatrzaśnięciem drzwi samolotu. Zawsze gdy wchodzę do środka po schodach, robię to pierwszymi drzwiami, żeby przez chwilę popatrzeć na kabinę pilotów, w mojej głowie pojawia się taka myśl; – czy pilot dobrze się dziś czuje, jest wyspany, nic go nie boli, nie kłócił się z żoną, nie cierpi na depresję ? A może obydwaj piloci, jakimś dziwnym trafem źle się czują? Są tylko ludźmi, jak my wszyscy. Wiem, powiecie, samolot prowadzi komputer, a co jeśli ten co robił przegląd, też miał gorszy dzień i zrobił go na odwal ? itd. itd. Wchodzę więc pierwszymi drzwiami i spoglądam do kabiny pilotów w nadziei, że na serio mam w sobie moc zmieniania rzeczywistości i umiem odczarować ewentualne awarie.

————->>> START wspomnienie pierwszego lotu.

- Pokład samolotu KLM z Warszawy do Amsterdamu, po lewej stronie siedział wyluzowany facet i czytał gazetę, to mnie trochę uspokoiło i zmobilizowało, żeby iść dalej, przedzierać się pomiędzy rzędami ciasno osadzonych foteli w poszukiwaniu swojego miejsca. W do bólu spiętej głowie, krzyczały jakieś spanikowane głosy, – Czy zdajesz sobie sprawę co ty robisz, że wsiadasz do nienormalnego pojazdu ? Zawiodły mnie wszystkie sprawdzone “uspokajacze”, totalna klapa, wszystko co do tej pory działało, albo tak myślałam, przestało.

Z torebki umieszczonej pod nogami bardzo dyskretnie tak żeby nikt nie widział, wylosowałam kartę z aniołem. Wybrałam taką z napisem ” Witaj w niebie”, zrobiło mi się jeszcze gorzej, ogarnęły mnie wątpliwości czy aby dobrze rozumiem, a może to dosłownie znaczy, że zaraz skończysz żywot i pójdziesz do nieba ? Wpadłam w pułapkę wewnętrznego chaosu, nie mogłam zebrać myśli.

A jednak byłam siebie najzwyczajniej świadomym obserwatorem, obserwatorem i uczestnikiem jednocześnie. Co najmniej dwie we mnie, rozdzielone, na jakieś, ja i ona. Ona, dzika wrzeszcząca z wnętrza mojej głowy, uderzająca w czułe nerwowo punkty i ta druga ją kontrolująca, jakby z poza mnie, a jednak ja.

Ta mądrzejsza we mnie starała się uspokoić tę głupszą, spokojnie do niej przemawiając ; – mówię ci uspokój się to normalna podróż, pomyśl że jedziesz pociągiem, wszystko będzie ok, popatrz na tego faceta, czyta sobie gazetę, wcale się nie przejmuje, a wariatka na to; – nie mogę się uspokoić i nie chcę, boję się, rozumiesz, nie chcę umierać, wypuść mnie stąd za nim będzie za późno !

Było, minęło, wygrał we mnie, ten ucywilizowany i mniej dziki, a obserwator poczuł satysfakcję.